Home Page

 

DOROTA I STASZEK OTTO

W HIMALAJACH

 

 

 

Annapurna Trek – November 2009.

 

Wróciliśmy z Dorotą przedwczoraj z naszej egzotycznej, himalajskiej podróży. Potwornie zmęczeni, ze zdruzgotanymi biologicznymi zegarami, ale pełni wrażeń i szczęśliwi, że dobry los pozwolił nam jeszcze w tym życiu doświadczyć Nepalu i Himalajów.

Warto było!

W czasie 24ch listopadowych dni pobiliśmy kilka życiowych rekordów: długości podróży powrotnej do Kanady (60 godzin), długości jednorazowego lotu (15 godzin w powietrzu pomiędzy Qatar a USA), osiągniętej wysokości  (4200 m n.p.m.), dziennych porcji wydrapanej na własnych nogach wysokości w dół i w górkę (do 2000m w pionie).

Ale przecież nie o bicie rekordów w tym wszystkim chodziło.

Zastanawiam się, jak Wam przekazać w miarę adekwatnie spotkaną tam, w Nepalu, rzeczywistość, nie przytłaczając nadmiarem opisów i faktów. Postanowiłem więc nie wyręczać drukowanych przewodników Lonely Planet, nie epatować opisami typu Kapuściński, ani też cyferkami i liczbami z haseł Wikipedii. Te  możecie sobie sami poszukać na internecie.

Zamiast tego wybrałem układ „tematyczny” i kilka zaledwie tematów.  A więc:

·         Dlaczego właśnie Nepal, Himalaje, Annapurna?

Przypadkowo, zupełnie bez naszej woli i udziału, zaproponowali nam to znajomi. Zajęło nam ok. jednej minuty, by zdecydowanie odpowiedzieć: TAK! Było kilka wersji tzw. treku – wybraliśmy Annapurnę, bo już wcześniej słyszeliśmy o wyjątkowej piękności tego 12to dniowego szlaku górskiego.

·         Dlaczego akurat w listopadzie?

Bo sezon monsunów, czyli pory deszczowej kończy się w Himalajach we wrześniu, a już od grudnia zaczyna się sroga zima. Październik i listopad są więc optymalne pogodowo. Już sucho i słonecznie, a jeszcze niezbyt zimno.

·         Z kim?

Z tzw. hashers. To taka post-kolonialna, o brytyjskich korzeniach i światowym zasięgu, „masoneria” z przymrużonym okiem, na wesoło. Sami określają siebie jako „drinking club with the running problem”, bo spotykają się przynajmniej raz w tygodniu, wspólnie biegają po wertepach lub wycieczkują – a potem idą na piwo, whisky, lub rum do pubu i żartują, świntuszą.... świetni kompani do takiej wyprawy! Było nas piętnastu – kilku już po raz drugi, lub nawet trzeci w Himalajach. Stare wygi... i to właśnie oni poznali i nawiązali kilka lat temu kontakty osobiste z grupą Szerpów z leżącej pod Mt. Everest wioski Juving. Tam, w tej wiosce, powstaje z ich inicjatywy i za ich pieniądze szkoła. Nasze skromne opłaty za usługi Szerpów z tej właśnie wioski też poszły – częściowo – na pokrycie kosztów budowy szkółki. A Szerpowie odwdzięczyli się i poszło ich z nami w góry aż 29ciu.

·         Charakter wyprawy?

 

Postkolonialne, nostalgiczne retro. Szerpowie zadbali, by wszystko odbywało się według starych wzorców. A więc: budzenie o 6tej rano poprzez podanie do namiotu kubeczka z gorącą, wonną herbatą, potem – też do namiotu – miseczki z ciepłą wodą do mycia. Śniadanie o 7mej – przy stole pod dużym namiotem, lub pod gołym niebem. 8ma – wymarsz na trasę. 12ta w południe – lunch, przy stole pod gołym niebem. Ale przed lunchem każdy „sahib” dostawał gorącą, naparowaną w wywarze z wonnych ziół, chusteczkę frotte do inhalacji i wytarcia twarzy i rąk. Dzienne trasy kończyliśmy ok. 4tej (szesnasta) – zastając na którejś ze skalnych półek rozstawione już namioty i nakryty stół. Kolacja – ta sama, co na lunch, procedura (z naparowanymi ręczniczkami).  Jadłospis – wyborny.

I to wszystko w niesamowicie prymitywnych warunkach! Na stromych zboczach, w dziczy.

·         Trasa?

Wiodąca pomiędzy masywami Dhaulagiri a Machapuchre do sanktuarium Annapurny I. Pierwsze kilka dni to urwiska porośnięte gęstą, tropikalną dżunglą. Lasy rododendronów wielkości starych, olbrzymich dębów.  Kilkusetmetrowe siklawy. Potem – lasy bambusowe, a w nich roje małp. Wreszcie, powyżej granicy lasu (ok. 3500m npm), księżycowy krajobraz lodowców i lśniących w słońcu ośmiotysięczników... Widoki zapierające dech w piersi. Doszliśmy do „sanktuarium” i obozu bazowego Annapurny – 4,200mnpm!

·         Czy było coś jeszcze?

Tak. Po zakończeniu treku spędziliśmy następnych parę dni w dżungli na pograniczu indyjskim. Jazda na grzbietach słoni w pogoni za nosorożcami,

poszukiwanie w gąszczach ukrytych tygrysów bengalskich, wycieczka canoe wydłubanym z drewna magnoliowego, po rzece z krokodylami...  Wreszcie odrobina lenistwa.

A przedtem i potem dolina Kathmandu. To stołeczne miasto, to ludzkie mrowisko. Kolorowe, tłumne, hałaśliwe, zasmrodzone,  zadymione i zaśmiecone powyżej jakichkolwiek ludzkich standartów. Ze świątyniami, kapliczkami. Z płonącymi nad rzeką przypominającą wielki rynsztok, stosami wonnego drewna i ludzkimi zwłokami.

Zapiera – dosłownie – dech w piersiach. Popioły i niedopalone szczątki spycha się kijami do rzeki. A tam już czekają na nie brodzące po kolana w wodzie dzieciaki i grzebią w tym bagnie w poszukiwaniu jakiegoś złotego zęba, kolczyka lub monety ze spalonego trupa. Na centralnym placu Durbar kilka świątyń. Turystów przyciąga szczególnie ta, poświęcona Kamasutrze. Ściany i poddasza pokryte płaskorzeźbami z rodzajowymi scenkami wyuzdanego seksu grupowego w najprzeróżniejszych układach.

A przy tym nędza, brud  i cywilizacyjny prymitywizm – niewyobrażalne.

Poza Kathmandu czyściej, choć wciąż nędznie i prymitywnie. Zbocza gór pokryte malowniczą gęstwą „półek” z mikro-poletkami ryżu, prosa i jęczmienia.

Gdzieniegdzie wieśniak o typowo mongolskich rysach (a więc pochodzenia tybetańskiego) orze drewnianą sochą zaprzężoną w bawoły wodne. Zwykłych krów czy byków zatrudniać nie wolno, bo są przecież święte. Młócka ryżu i prosa też niezbyt skomplikowana – albo depczą je bawoły, albo wieśniacy tłuką snopkami o klepisko.

Kilka lat temu, w ramach programu „exportu rewolucji” , czyli z czynnym i materialnym poparciem komunistów chińskich, powstała na terytorium Nepalu terrorystyczna organizacja maoistowska. Napady z bronią w ręku, rabunki, zamachy bombowe. Zginęło sporo ludzi, aż wreszcie rząd i król zgodzili się zalegalizować maoistów i dopuścić ich do współrządzenia. Na tym się jednak nie skończyło, komuchy  postanowiły eskalować. W dniu naszego wylotu z Nepalu miejscowa prasa podała, że lokalni maoiści zażądali natychmiastowego utworzenia na terytorium całego kraju dwudziestu autonomicznych okręgów administracyjnych, zarządzanych wyłącznie przez nich. W razie odmowy, strajk generalny 22go grudnia. Tybet już Chinom nie wystarcza, chcą uszczęśliwiać dalej. Kolej więc na Nepal, a zaraz potem – Bhutan.  „Aż związek nasz bratni...” - strach pomyśleć.

Tyle mojego sprawozdanie „na gorąco”.

 

 

 

KLUB ŻEGLARSKI "FALA"

 

JESLI CHCESZ POZEGLOWAC PO OCEANIE  DLA PRZYJEMNOSCI

 LUB ZROBIC KURS ZEGLARSKI,

UMOZLIWI CI TO KLUB ZEGLARSKI FALA,

KTÓRY ZAPRASZA CIBIE LATEM TEGO ROKU NA

3,5 TYGODNIOWY , BARDZO ATRAKCYJNY REJS NA ALASKĘ.

REJS ODBĘDZIE SIĘ W DNIACH  OD 1 DO 24 CZERWCA 2009 ROKU.

MOŻNA PŁYNĄC CAŁY REJS LUB CZĘŚĆ REJSU , JAK KTO WOLI.

JEST KILKA MIEJSC WOLNYCH.

KOSZT OD $180 DO $200

  W ZALEŻNOŚCI OD TEGO CZY CHCESZ BRAC KURS ŻEGLARSKI CZY NIE.

PROSIMY DZWONIĆ :

 DO ROBERTA POD  780 499-9650 LUB DO REDAKCJI 780 468 5150

REGISTRATION FORM – CRUISING 2009

CANADIAN DEATH RACE  125 KM

 

 DEATH RACE 125 KM

………..GO,      DEATH  RACER    !!!

2 sierpnia 2008 roku w miejscowosci Grande Cache, Alberta (polnocno-wschodni fragment Rocky Mountains) odbyl sie coroczny, tym razem juz 9-ty tzw. Canadian Death Race. Wedlug fachowcow bieg ten zaliczany jest do okolo 20-stu najbardziej trudnych Ultra-maratonow na swiecie. Ma 125 km dlugosci, trzeba wbiec na szczyty trzech gor (Mount Flood, Mount Grande Cache i Mount Hamel)  pokonujac okolo 5500 metrow roznice wysokosci. Limit czasu jest 24 godziny i ani sekundy dluzej, a to wszystko w piekielnie trudnym terenie, pelnym blota, kamieni, korzeni i czasami dzikich zwierzat oraz pogody pelnej niespodzianek. W tym roku dosyc duza grupa Palakow z Edmonton brala udzial w tych zawodach.

Indywidulalnie startowali: Emilia Turowski, ktora pokonala te trase juz po raz trzeci – brawo od nas wszystkich, Mila ogromne gratulacje, jestes jedna z 81 osob, ktorzy dobiegli do mety, a probowalo 223 !!!

Przemek Baranowski, ktory skapitulowal na 98 km, pierwszy raz nie wyszlo – kolejna proba Sierpien 2009. Bogdan Wasaznik, rowniez musial sie poddac po 46 km i rowniez juz planuje powrot na nastepny rok.

Zawody te rowniez rozgrywane sa jako bieg sztafetowy I tutaj nasza 4 osobowa druzyna spisala sie wspaniale. Szczepan Ciula pobiegl  pierwsze 19 km, nastepnie Bronek Turowski 27 km, potem Beata Pietraszko 19 km, po niej jej maz Igor Pietraszko 38 km I na koniec ponownie Szczepan Ciula 22 km. Czas na mecie troszke powyzej 20 godzin. Laczna ilosc zawodnikow sztafetowych przekroczyla 800 osob, wielu nie ukonczylo biegu. Brawo druzyna POLCZASZKI, ogromny sukces !!!

Chcialbym tutaj bardzo serdecznie podziekowac wszystkim, ktorych ciezka ochotnicza praca pomogla uczestnikom wyscigu. Sylwia Baranowski, Jola Ciula oraz czlonkowie sztafety ofiarnie czuwali przez dziesiatki godzin, gotowi na wszelka potrzebna pomoc. Dziekujemy, dziekujemy, dziekujemy.

Po zmaganiach doroslych, nastepnego dnia w niedziele odbyl sie Kids Death Race. Ponad 210 dzieci zmagalo sie na 5 kilometrowej trasie, a posrod nich “Czterech Pancernych” z Edmonton. Kuba i Zachary Baranowski, Konrad Pietraszko i Lukasz Ciula. Wszyscy dobiegli do mety I zostali udekorowani pamiatkowym medalem – gratulujemy (ogromnie dumni rodzice).

 

Wyniki na stronie:  

      http://www.canadiandeathrace.com/times.html

Dziekuje za uwage, Przemo Baranowski

 

 


 

 SPŁYW CANOE 2005 "

Wróciliśmy cali i zdrowi z naszego spływu na canoe po rzece Saskatchewan. Zamiast przemarznięcia, jak niektórzy sąsiedzi wróżyli, jesteśmy nawet lekko opaleni. Pogoda była tak odjazdowa, że nawet przez moment myśleliśmy, że to ciągle sierpniowe wakacje. Wyruszyliśmy o godz. 6:50 rano w sobotę 22 października z Emily Murphy Park w dół rzeki. Po trzech godzinach przerwa na gorąca zupkę na brzegu rzeki (śladowe ilości lodu w zatoczce) i dalej do wioseł. Krotko po godz. 16:00 znaleźliśmy interesujące miejsce do rozbicia namiotu. Kilka chwil później juz było 2 metrowej wysokości ognisko, dobra polska kiełbasa i wszystko inne, niezbędne, żeby kiełbasa nie zaszkodziła............ W niedziele nie śpieszyliśmy się. W sobotę przepłynęliśmy około 70 km, wiec niedziela była bardziej ustawiona na odprężenie się, tylko 26km po wodzie. O godzinie 15:15 dopłynęliśmy do mostu w okolicach miejscowości Waskatenau (trochę bliżej niż Smoky Lake).

Na brzegu przywitał nas ojciec dwóch uczestników spływu. Pan Zbyszek mieszka w Waskatenau i stad pomysł popłynięcia do tej mieściny. Zostało nam jeszcze trochę kiełbasy, tak wiec byliśmy zmuszeni do rozpalenia kolejnego ogniska. O godzinie 17:15 przyjechał po nas osobiście właściciel firmy Moon Shadow Adventures, od której wypożyczyliśmy Canoes, i zabrał nas do Edmonton.

Wycieczka super, widzieliśmy (i słyszeliśmy kojoty) trochę dzikich zwierząt i ptaków oraz bardzo rzadko spotykany, potężny spadający meteoryt (bez przesady około 3 sekundy - nadal za krotko, żeby wyciągnąć aparat do zdjęcia). Imiona uczestników (alfabetycznie): IGOR, MAREK, MIETEK, PRZEMEK, SZCZEPAN, WOJTEK.

Wszyscy wróciliśmy bardzo odstresowani. Polecamy ten rodzaj odpoczynku dla wszystkich, którzy kochają przyrodę od tej strony "na dziko". Podczas koczowania z dala od cywilizacji, ważniejsze dla nas było, komu jeszcze została jakąś gorąca zupka, zamiast sprawdzać czy telefony komórkowe odbierają sygnały.

 Przemek Baranowski

 

 
 

 

 

 

CANOE TRIP 2006

 

Canoe Trip 2006

W dniach 20-24 września tego roku Igor i Przemek zorganizowali trzecią, poważniejszą wycieczkę na Canoe po rzece Saskatchewan. Tym razem było ośmiu uczestników (Mietek, Szczepan, Wojtek z tatą Zbyszkiem, Marek i Igor z tatą Zbyszkiem, Przemek) w czterech Canoes. Jadąc na początek naszego spływu do Nordegg z przerażeniem patrzeliśmy na leżące resztki śniegu, pozostałości z 90 cm sprzed kilku dni. Dzień pierwszy, po wczesnej pobudce i śniadaniu, zwineliśmy nasze obozowisko w deszczowej pogodzie i w nadzieji, że przestanie padać chwyciliśmy za wiosła. Po 73 km nadal padało, tylko trochę mocniej. Rozbiliśmy namioty koło “Hamlet” Horburg (12 domów – policzone). Jedno z Canoe pękło podczas przechodzenia przez w miarę spokojny “rapid”. Właściciel firmy Edmonton Canoe po rozmowie telefonicznej zobowiązał się dostarczyć nowe Canoe na rano, bagatela, jedyne 250 km od Edmonton. W drugi dzień nie przestało lać. Plan był, aby przepłynać 75 km do miejscowości Baptist River, ale niestety dzień okazał się pełen niespodzianek. Po niespełna 5 km dopłyneliśmy do tzw. Diabelskiego Łokcia (“devil’s elbow”). Po kilku sekundach walki z “rapids” Wojtek i Przemek mieli wywrotkę. Lodowata woda i nurt rzeki bardzo szybko uświadomił im, że prędko muszą dopłynąć do brzegu i ogrzać się. Dzięki pomocy pozostałych członków wyprawy i przytomności umysłu, akcja ratunkowa przebiegła bardzo sprawnie i błyskawicznie. Również udało się nie puścić wywróconego canoe, a jedynie stracić jedno wiosło i termos z kawą. Po założeniu suchego ubrania i ciepłej przekąsce, ruszyliśmy dalej. Na rzece przybywało coraz więcej “rapids” i w końcu po około 20 km jeden z nich wywrócił Igora i Szczepana. Byli w wodzie około 2 minuty, ale nie obyło się bez łyknięcia wody. Igora tato Zbyszek i Mietek chcąc ratować “rozbitków” narazili się sami i wpadli w  bardzo groźny następny “rapid”. Było dramatycznie, ale obyło się bez wypadku. Znowu trzeba było się przebierać i rozgrzewać. Jedno było pozytywne tego dnia – przestało padać...........Zmęczeni walką z rzeką, dotarliśmy do Rocky Mountain House. Tego dnia tylko było 40 km wiosłowania. Udało nam się znaleść pole kampingowe z pralnią, tak więc suszarki suszyły nasze mokre szmaty do poźnych godzin nocnych. Kilku członków wyprawy zestresowanych “interesującym” dniem pobiegło po piwo około 8 km, a potem przy ognisku analizowaliśmy jak tu nadrobić straty w wiosłowaniu. Po ciekawej dyskusji zostało ustalone, że na trzeci dzień musimy przepłynać 95 km. Dzień trzeci, sobota, obudziliśmy się pokryci szronem, wszystko zamarznięte, ale rzeka nie, więc zaczeliśmy wiosłować. Nauczeni co rzeka potrafi, wszyscy bez wyjątków omijaliśmy nawet najmniejsze “rapids”. Po długim, mozolnym i pracowitym dniu, przepłyneliśmy 92 km do miejscowości Lodge Pole. Sobota wieczór, niedziela powinna być spokojna (tylko 45 km zostało), więc można dłużej posiedzieć przy ognisku i powyjadać wszyskie najlepsze konserwy i dopić resztki alkoholu, a nawet wykąpać się w rzece. W niedzielę rano bez pośpiechu i nerwów ruszyliśmy do Drayton Valley i dotarliśmy tam na 14:30. Słońce opaliło nam buzie i czuliśmy, jakby to był lipiec. Tylko żółto–czerwonwe liście przypominały nam, że to już kalendarzowa jesień. Tak więc po czterech dniach z wiosłem w ręku nauczyliśmy się, że nigdy nie należy lekceważyc rzeki. Ta tak niewinnie wyglądająca rzeka Saskatchewan w okolicach Edmonton ukazuje całkowicie inne oblicze kiedy przemierza nasze góry skaliste. Można tutaj powiedzieć, że ta nowo zdobyta wiedza kwalifikuje nasz spływ do wycieczek edukacyjnych.......???!!! Wszystkie żony są z nas dumne...???!!!

Z poważaniem, Przemek Baranowski

p.s. Dla Igora, Wojtka i Przemka tegoroczny spływ był dodatkowym sukcesem. W ciągu trzech spływów 2004, 2005 i 2006 przepłyneli oni po Saskatchewan River ponad 500 km, pokonując trasę od Nordegg, poprzez Rocky Mountain House, Drayton Valley, Edmonton, Fort Saskatchewan, aż do Waskatenau. Braw

 

 

 

ZIMOWY WYPAD NR.2 DO  JASPER NATIONAL PAR

 

 

 

Home Page