FELIETON NR 17        1 KWIETNIA ( LECZ NIE "PRIMA APRILIS")

 

 

WYCIECZKA PO ZABYTKACH TECHNIKI

 

Powiadają śpieszcie sie kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą. Ja dodałabym śpieszcie się oglądać śląskie zabytki techniki, bo tak szybko je wyburzają.

 

Śpieszcie się.

 

Nie wiem czy śląscy samorządowcy (nie dotyczy to Rudy Śląskiej) są nieczuli na piękno zabytków techniki, czy też ich po prostu nie obchodzą. A może tak przyzwyczaili się do kominów, szybów czy rozległych pohutniczych terenów, że nic w nich nie widzą. Ciekawe, że ja mieszkająca od urodzenia na Śląsku najpierw w najbardziej brudnym z brudnych miast (Zabrze) a potem w Katowicach, potrafię do dziś zachwycić się plątaniną kabli czy rur w poprzemysłowych halach. I o dziwo, usiłuję sobie wyobrazić, co można by w takich salach urządzać. Może to dzięki mojej wyobraźni wychowanej na science fiction, kochającej się we wszelkich zonach czy przestrzeniach postindiustralnych, a może dzięki temu, że miałam okazję zobaczyć co z obiektami poprzemysłowymi Zagłębia Ruhry zrobili Niemcy i na dodatek – ile na tym zarabiają.

 

Dlatego krótkowzroczność włodarzy ślaskich miast jest zaiste porażająca. A wzmocniłam w sobie to przeświadczenie, gdy pewnego ładnego piątkowego przedpołudnia pojechałam na wycieczkę w ramach wykładów o sztuce w Górnośląskim Centrum Kultury. Doktor Jerzy Gorzelik był naszym przewodnikiem, a chętnych było tyle, że część odeszła z kwitkiem.

Najpierw pojechaliśmy do Bytomia pod szyb Krystyna. Widok surrealistyczny. Zona piaszczysta, opustoszała z wyłaniającym się znienacka ochroniarzem i czarnym kundlem. Kundel przyjazny i wesoły – ochroniarz warczący i niepozwalający. Nie wolno podchodzić, nie wolno fotografować, nie wolno oddychać – chciałoby się na koniec zawołać. Szyb w stylu modernistycznym (ewenement totalny) jak statek kosmiczny na pustej przestrzeni chcący zaraz wystartować. Wokół panorama Bytomia i jego wież kościelnych oraz historie Gorzelika o niebywałych rewelacjach. Tu były szyny kolei bytomsko-berlińskiej, po których jeździła w początkach XX wieku „Śląska strzała” tak szybko, że w stolicy Niemiec było się w 4,5 godziny. Rekord nie pobity do dzisiaj. Tu zbudowano w ubiegłym wieku linię tramwajową z trzecią szyną pośrodku firmy Siemens (podająca prąd) czy pierwszą w Europie (a może drugą po Londynie) – biologiczną oczyszczalnię ścieków. Kto o tym wie?

Nie ochłonąwszy z nadmiaru wrażeń i marzeń (gdyby w szybie Krystyna na górze urządzić restaurację, to podejrzewam, że miejsca w niej rezerwowano by z rocznym wyprzedzeniem) pojechaliśmy do elektrociepłowni Szombierki. Pomijam wygląd zewnętrzny z wbudowanym kominem i urzekającym podwórzem – wejście do głównej hali zwala z nóg. Odremontowany szyb Wilson to przy niej karzełek. Ogromna hala pofabryczna z oknami do nieba jak w słynnym oskarowym folmie -”Katedra”, fruwające nad głowami ptaki, balkony zewnętrzne, wykusze i kolumnady wewnętrzne, czterostronny zegar marki Siemens  - największy w Polsce i do dziś działający. Na szczęście obiektu pilnują energetycy i powoli zdobywają pieniądze na jego renowację. Dziś w hali odbywają się tu występy bytomskich tancerzy i zaproszonych przez nich gości z całego świata oraz sylwestry na 1000 par!

 

W Szombierkach zwiedzamy jeszcze przecudnej urody kościół parafialny, z którym wiąże się szczodrobliwość jego fundatorów i bajkowa wręcz historia o śląskim Kopciuszku. Karol Godula niezwykle majętny śląski przedsiębiorca, nie mający dzieci, podarował całą swoją fortunę sześcioletniej córce swojego służącego – Joannie Gryzik. Król pruski Fryderyk Wilhelm IV nadał jej szlachectwo a ona sama wyszła za mąż za hrabiego Schaffgotscha (właściciela Szombierek). Tak pomnożony kapitał i szczęśliwe małżeństwo przyczyniło się do świetności w początkach XX wieku, tej obecnie dzielnicy Bytomia. Dziś niestety zapomnianej i zrujnowanej.

 

Oczarowani opowieściami jedziemy do Rudy Śląskiej podziwiać szyb Mikołaj i doskonale odrestaurowane i działające do dziś maszyny elektryczne Siemensa z 1912 roku (koła zamachowe wieży wyciągowej klatek górniczych z całym zachowanym zapleczem i oprzyrządowaniem). Tu na szczęście stworzono strefę Śląskiego Parku Przemysłowego i liczne inwestycje nie pozwolą zginąć temu zabytkowi.

Dalej jedziemy pod szyb Andrzej, który jest obiektem unikalnym na skalę krajową. Ma wygląd średniowiecznej wieży zamkowej. Odnowiono już dwie widoczne z drogi elewacje - te niewidoczne straszą - ale wkrótce mają być wyremontowane.

W końcu podjeżdzamy pod kolonię domków jednorodzinnych Ficynus, ordremontowane familoki (na świetlicę socjalną) i pod kaufhaus (dziś salon samochodowy) jedyny w pełni zachowany dom towarowy z XIX wieku. Dom, w którym kiedyś mieściła się nowoczesna piekarnia, sklep spożywczy z chłodniami a w podziemiach był basen na żywe ryby. Osiedle Ficynus (lata 60 XIX wieku) – pięknie odrestaurowane (wraz z uliczką i całą infrastrukturą, za co chwała władzom Rudy Śląskiej) z maleńkimi domkami jest bardzo nietypowe na Śląsku. Zbudowano go nie z cegły ale łamanego kamienia o różnej barwie. Obecnie to niezwykle urokliwe miejsce na spacer, nieśpieszne zakupy czy niedzielny obiad. Z wycieczki wróciliśmy późnym popołudniem pełni niesamowitych wrażeń. Czuliśmy się jak odkrywcy, choć większość z nas mieszka na Śląsku od dziesięcioleci. Gdy żegnaliśmy się z przewodnikiem, mieliśmy wszyscy jedno marzenie – o zorganizowanie takiej wycieczki dla śląskich włodarzy. Może po niej, tak pochopnie nie odwracaliby się od zabytków techniki, nie udawali, że nie istnieją i tym samym nie skazywali ich na śmierć.

 

Grażyna Kurowska

 

[../../../photogallery/photo00019895/real.htm]

kliknij na fotografie by powiekszyc

foto Grazyna Kurowska

 

 

 

 

 

 

 


 

FELIETON NR 16  12 STYCZNIA 2007

 

 

Nawet zaplanowane wydarzenia mogą wywołać społeczne emocje, czego dowody mieliśmy ostatnio na południu Polski

 

Panoptikum

 

Minęło równo 40 lat od tragicznej śmierci, pod kołami pociągu, Zbigniewa Cybulskiego,  największego idola filmowego Polski lat 60-tych ubiegłego wieku. Jest u nas, niebezpodstawnie, porównywany do Marlona Brando czy Jamesa Deana. Z tej okazji stolicę Śląska – Katowice, mieście w którym mieszkała jego rodzina i gdzie jest pochowany, ogarnęła tygodniowa gorączka wystąpień ku czci. Młodzież koczowała przy grobie, nie za bardzo wiedząc jakiego artysty, bo jej idolami jest Novika czy Fisz i Emade (didżejka i hip hopowcy). W Centrum Sztuki Filmowej, kinach i domach kultury odbywały się pokazy, dyskusje, odczyty. Niestety często przy pustych salach i poważnej średniej wieku. Pozostawmy aktora jego pokoleniu i nie róbmy niesmacznych, wymuszonych pokazówek. Kto chce ten sam ze swej woli pójdzie na grób czy pod popiersie artysty i złoży kwiaty.

 

Boimy się klimatu, a głównie jego zmiany. Po wichurach, które spustoszyły drzewostan i linie energetyczne, wszyscy mówią o globalnym ociepleniu i wynikających z tego skutkach. Rolnicy zastanawiją się czy nie warto pomyśleć o zakładaniu winnic, architekci na nowo przekonują do imwestowania w piwnice, które być może ochronią nas przed cyklonem. Górale żądają od władz państwowych ogłoszenia stanu klęski żywiołowej i wypłaceniu odszkodowań za brak śniegu i tym samym zrekompensowaniu zastoju w turystyce.

 

Mirosław Bałka znany w świecie i w Polsce artysta, w Bunkrze Sztuki w Krakowie, wystawił w dwóch stalowych pojemnikach żywe, białe robaki. Wzbudzają one zachwyt młodzieży, zainteresowanie wędkarzy i konsternację pozostałych - wieszczących ponuro koniec sztuki. Zresztą i inne eksponaty artysty, podtrzymują ich w tym przekonaniu, bo trudno doszukać się czegokolwiek w płonących palnikach gazowych czy odbijanej w nicość piłeczce.

 

Dawno nie widziałam tak dużego entuzjazmu na Śląsku. 200 kobiet na sali chciało się zapisać do nowej partii. Polska jest Kobietą - tak nazywa się portal internetowy, który od miesięcy informuje, że już w styczniu tego roku zarejestrowana będzie kobieca partia. Wszystko zaczęło się w ubiegłym roku, od manifestu Manueli Gretkowskiej opublikowanemu w „Przekroju”. Manifestu, wyrażającego niezgodę na poczynania rządzących, którzy bez pytania połowy populacji – pań - za nie decydują. Decydują o naszym rodzicielstwie, pracy, płacy, obowiązkach. Na ogół bez liczenia się z naszą opinią i przy okazji szargając kobiecą godność. Tak więc Gretkowska zaproponowała Polkom, by pod jej przewodnictwem wzięły wreszcie sprawy w swoje ręce. Odzew był nadspodziewanie silny – stworzyłyśmy oddolny, powszechny ruch społeczny, który obecnie ma 20 ośrodków w Polsce i dynamicznie się rozwija.

Rejestracja partii tuż tuż, istnieją już pierwsze koła (koło to co najmniej 10 osób) i powstają następne. Są już miejsca gdzie tych kół jest wiele. Struktura partii jest podobna do innych działających i obejmuje dzielnice, wsie, miasta, powiaty, regiony i centralę w Warszawie. Ruch oddolny już się rozpoczął i o dziwo nie omija wsi.

Manuela Gretkowska, pytając minister Joannę Kluzik-Rostkowską, co dotychcas zrobiła dla polskich kobiet, dowiedziała się, że wprowadziła poprawkę do urlopów macierzyńskich. Niezależnie od opinii o PiS – jak na rok rządów to groteskowo mało.

Podobno najbardziej niezadowolone na świecie ze swojej roli w społeczeństwie (mimo często lepszego od mężczyzn wykształcenia i dużej świadomości własnych praw) są Japonki i właśnie Polki. U nas przyszła chwila by to wreszcie zmienić.

 

Tak więc tematów do dyskusji a nawet poważnych sporów u nas wiele. Po ich powyższym przeglądzie naszła mnie jednak miła refleksja. Nie byt, ale świadomość zaczyna się liczyć. Koniec bezrobocia, początek bogactwa? Ale o tym może w następnym felietonie.

 

Grażyna Kurowska

 

 

 

 


 

FELIETON NR 15  12 LISTOPADA 2006

 

 

 

Pomoc dla Mołdawii

 

Plackart to otwarty wagon z miejscami do leżenia. Mam na bilecie wyraźnie napisane, że śpię w zamkniętym 4-osobowym sypialnym, w wagonie numer 25. Ale on nie istnieje. Nadzorca wagonu w rozchełstanej bluzie a'la Czapajew, bezradnie rozkłada ręce. Jeszcze mu nie wierzę. Idę wzdłuż długaśnego pociągu i ze zdumieniem odczytuję tabliczki na wagonach – Lwów, Kijów, Moskwa, Odessa. I rzeczywiście jeden - Kiszyniów.

Nie jadę w tą 1000-kilometrową podróż sama, lecz w grupie. Wybieramy się tak daleko z wizytą studyjną polskich organizacji pozarządowych w ramach projektu - „Jakiego partnera potrzebuje Mołdawia?”, z programu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

Ja i Victoria Dunaeva jesteśmy dziennikarkami obytymi ze wschodnimi niespodziankami. Ale pozostała 13-stka z niemal całej Polski, jest wyraźnie przestraszona. Z niedowierzaniem dotykają sienników i koców pamiętających czasy pieriestrojki. Dziwi ich bezceremonialność pograniczników, swoboda miejscowych i nieustanne zamykanie toalet. Z szczelnego wagonu, pod bacznym okiem prowadnika trudno uciec, czyżby okno w toalecie było ostatnią ostoją wolności?

 

Po spędzeniu doby z nakładką w pociągu, dojechaliśmy wreszcie do celu. Kiszyniowski Dom  Pracy wita nas ciepłem i dobrą kolacją. Wokół obcojęzyczny tłum. Obserwatorzy europejscy, Korpus Pokoju i my. Amerykanie, Polacy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi. Wszyscy cudzoziemcy skupieni w jednym miejscu. Z prozaicznego powodu. Tylko tutaj i w gmachach rządowych włączono ogrzewanie. Mołdawianie mogą liczyć na ciepło, gdy będzie solidnie poniżej zera. Musimy się wyspać, bo od rana czeka nas sporo pracy - wykłady i wizyty.

Radu Gorincioi z centrum informacji wprowadza nas w tematykę miejscowych organizacji pozarządowych. Mołdawia ma nowoczesne ustawodawstwo gwarantujące nie tylko swobodę zrzeszania się, ale także przywileje dla organizacji działających na rzecz pożytku publicznego. Ale przed tutejszym sektorem pozarządowym stoją wielkie wyzwania: przełamywanie pasywności społecznej, walka z korupcją i nepotyzmem, radzenie sobie z kryzysem rodziny, spowodowanym masową emigracją zarobkową, łagodzenie skutków powszechnego zubożenia, modernizacja wsi, ochrona praw obywatelskich, edukacja europejska.

Po nietypowym obiedzie - jemy tutejszy przysmak mamałygę – takie nasze puree, tylko że z kukurydzy – wyruszamy w pierwszą podróż studyjną.

 

Rano jedziemy marszrutką czyli busikiem do Kiszyniowa, najszybszym i najwygodniejszym tu pojazdem, za 3 leje od łebka (30 centów USA). Marszrutek w stolicy jest całe mnóstwo i zatrzymują się na wyciągnięcie ręki. Wokół pełno zieleni i białe blokowiska na wzgórzach. To największe budowle w całej Mołdawii. Jest piękna pogoda, wieżowce odbijając słońce, stwarzają iluzję niezwykłej poświaty. Wjeżdżamy w starszą, jednopiętrową część miasta – pod niepozorny budynek dziecięcej fundacji „Clipa Siderala”, której twórcą i prezesem jest Salawat Żdanow. W przeciwieństwie do Ministerstwa, nie jest ogrzewana i mieści się w niepozornej przybudówce obok zwykłego bloku mieszkalnego. Ale ile tu żaru i serca! Wszyscy szalenie mili i gościnni. Na stołach miejscowe przysmaki, słodycze, owoce, pyszna kawa i herbata. Młodzież przygotowała dla nas specjalne przedstawienie, które przybliża nam formy działania fundacji. Potem na dowód, że to prawda wyświetlili jeszcze filmy ze swoich akcji. Szefowie placówki to absolutnie narwani społecznicy. Nie liczą czasu, użyczający gdy trzeba własnych samochodów, szkolą wolontariuszy. Co roku robią wielką akcję dla wszystkich maluchów w Mołdawii o nazwie „List do Św. Mikołaja”, polegającą na osobistym odpowiadaniu na życzenia dzieci, na oryginalnej, specjalnie zaprojektowanej papeterii. Organizują dziecięce spartakiady sportowe i letni obóz na Krymie dla młodzieży. Byli producentami własnego programu w mołdawskiej telewizji propagującego zdrowy tryb życia. Do najbiedniejszych zakątków kraju jeździli tzw. świątecznym karawanem z podarkami i specjalnym przedstawieniem. Kiedyś robili to za darmo, siłami wolontariuszy. Teraz wspomagają ich prywatni sponsorzy, których niestety nie mogą nigdzie reklamować. Działa takie bezduszne prawo, choć może wkrótce się zmieni.

Koniecznie musimy zanurzyć się w tutejszy krajobraz i codzienne życie. Pomaga nam w tym Irina Mazurian z prywatnego tygodnika „Kiszyniowskie nowosti”. Jesteśmy strasznie podekscytowani, bo zawiezie nas na jeden z największych wschodnich bazarów, w tej części Europy. Kilka hektarów powierzchni, tłum wieloetniczny i wielokulturowy - Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie, Azerowie, Ormianie, Bułgarzy, Cyganie, prawosławni Turcy – Gagauzi. Kupić i sprzedać można wszystko.

Mnie zafascynowała hala dziwnych przypraw i zakąsek. Jadłam przyrządzoną na ostro morską trawę z Korei, kiszonego arbuza, marchewkę i seler z chili, besarabski wędzony ser topiony, granaty z kilkoma rodzajami oliwek, przeźroczyste płatki suszonej ryby, pastę z bakłażanów. Zafascynowała mnie waląca po uszach arabska muzyka i gadające czarne zegarki sprzedawane po 50 lei. Po przyciśnięciu odpowiedniego guzika, po rumuńsku lub rosyjsku podawały na głos godzinę. Zwiedziłam jeszcze halę rybna i serową. Połowę tutejszych produktów pierwszy raz widziałam na oczy. Oszołomiona dałam się dalej prowadzić Irinie, wraz z naszą grupą, na tutejszy Arbat. A tu mydło i powidło. Koszmarne malowidła, biżuteria, szkatułki, wańki wstańki - bezguścia rodem z Rosji i Ukrainy. Jedynie ładne, choć drogie, w naiwnym stylu wyszywane ręcznie mołdawskie makatki, które u niektórych z nas znalazły chętnych nabywców.

Na głównej ulicy Stefana Wielkiego, w centrum Kiszyniowia wśród salonów najlepszych marek samochodowych, odzieżowych i obuwniczych, z azjatycką elektroniką czy drogimi kosmetykami, przechadzają się biedni i bogaci. Nigdzie w Europie nie widziałam takich kontrastów. Wymuskane, chichocące pary i staruszkowie w zdartej odzieży, przepasani workami na sznurkach. Białe kołnierzyki i przygarbiona kobiecina w chuście na głowie. Podlotek z komórką na szyi i czterdziestolatek w wytartej kurtce. Twarze smutne i wesołe, ruchy szybkie i powolne, głosy krzykliwe i ściszone. Jak z jakiegoś dziwnego filmu.

 

Nie przyjechaliśmy tu tak sobie. Ale po to, by poznać i pomóc organizacjom pozarządowym Mołdawii. Najlepiej pisząc wspólne projekty, na które nam łatwiej o unijne fundusze.

Tutejsze organizacje pozyskują pieniądze z Fundacji Sorosa - ale już w mniejszym stopniu niż kiedyś, z UNICEFu, Canada Fund, z niewielkich grantów rządowych, ambasady USA oraz programów europejskich Phare i Tacis. Jest ich tutaj 3,5 tysiąca, ale aktywnie działa tylko 300. Te najlepsze pozyskują rocznie od 3 do 5 tysięcy dolarów na swoją działalność.

W ostatni dzień naszego pobytu zasiadamy do swoistego okrągłego stołu. Każda organizacja z Polski dobiera sobie partnera mołdawskiego. Zaczyna się 8-godzinna praca w grupach. Ramię w ramię obrońcy praw człowieka i strażnicy standardów demokracji. Liderzy lokalnych grup obywatelskich, organizacje edukacyjne i te walczące z ubożeniem społeczeństwa. Fundacje pomagające dzieciom i wspierające rozwój gmin. Stowarzyszenia wspierające integrację z UE i popierające rozwój inicjatyw społecznych.

Nawet ja z roli obserwatora zostaję zobowiązana do korekty niesprawiedliwych opinii o Mołdawii. W europejskiej prasie ukazywały się artykuły pisane wyłącznie w kontekście masowej, nielegalnej imigracji seksualnej kobiet, handlu dziećmi i narządami. Ion Oboroczanu, z Centrum Przestrzegania Prawa w Keuszen, monitoruje to zjawisko od kilku lat, mówiąc:

„Proceder z roku na rok maleje, ludzie dzięki nam już wiedzą, że pośredników (biorących od 3 do 4 tysięcy euro od łebka) zachęcających do pracy zagranicą trzeba gruntownie sprawdzać, nie wolno oddawać paszportów w obce ręce, najlepiej wyjeżdżać w miejsca sprawdzone i rekomendowane przez niektóre instytucje biznesowe, rządowe i pozarządowe. I co najważniejsze w ekstremalnych warunkach nie należy bać się policji i prosić ją o pomoc – nawet za cenę deportacji. Chyba to lepsze niż seksualne obsługiwanie co noc 15 Turków, niewolnicza praca mężczyzn w Serbii, na Cyprze, we Włoszech, w Niemczech, czy pokazywanie naszych dzieci w pedofilskich filmach. Oczywiście, że USA ciągle uważa nasz kraj za najgorszy w statystykach handlu ludźmi, ale to się zmienia (co roku, zagranicą ginie bez śladu 750 Mołdawian). Największy sukces osiągniemy, gdy nasz rząd wreszcie dogada się z policjami krajów naszej emigracji, o skuteczne ściganie handlarzy żywym towarem. Mam nadzieje, że to wkrótce nastąpi”.

 

Grażyna Kurowska

 

 

 


 

FELIETON NR 14  8 PADZIERNIKA 2006

 

Osobliwa historia o dziwnych śląskich wynalazkach zdrowotnych czyli jak w jeden dzień znad Morza Czarnego udałam się na Marsa, by wylądować w Egipcie

 

Śląsk postrzegany jako kraina węgla i stali odchodzi powoli do lamusa. Pierwszym symptomem zmian było polepszenie się jakości powietrza, uwolnionego wreszcie od uciążliwych pierwiastków chemicznych i zapachów. Drugim opalenizna, którą można wreszcie złapać na ławce w centrum miasta. Słońca wreszcie nie zasłaniają pyły. Trzecim wiara niepospolitych ludzi, że Śląsk może uzdrawiać. Gwoli ścisłości, prekursorami wiary w metafizyczne moce południowej krainy byli malarze prymitywiści z Janowa, od Teofila Ociepki poczynając na żyjącym Erwinie Sówce kończąc. Malowali oni Śląsk jako mityczną krainę pełną nasyconych kolorów i fantastycznych postaci. Często spoglądali też w niebo w kierunku Saturna, czerpiąc z tej planety siły dla swej pracy. Dziś ich obrazy osiągają zawrotne ceny a reżyser Lech Majewski unieśmiertelnił metafizyków w filmie „Angelus”. To co mnie spotkało w jeden dzień, na jawie, zasługuje przelania na papier.

 

Grota solna znad Morza Czarnego

 

Półmrok. Dużą szklaną kulę jonizująca powietrze i stojącą na solnym słupie, przecinają błyskawice czerwonego światła. Szum morza przechodzi w kojącą muzykę. Macham gołymi stopami w powietrzu, na wygodnym leżaku. Dłonie zanurzam w soli, wyczuwając pod palcami muszle. Zapominam o bożym świecie. Robię pięć głębokich wdechów, by po chwili wpaść w półdrzemkę. Myślę o samych przyjemnych rzeczach i czuję jak ogarnia mnie wewnętrzny spokój.

To jest rzadka na Śląsku grota solna o unikalnym morskim mikroklimacie znad Morza Czarnego i Martwego. Pomieszczenie z góry na dół - nawet podłoga - w całości wysypane jest solą. Właścicielki z Ukrainy sprowadziły cegły z soli, w sumie 7 ton.  Choć jakość powietrza na Śląsku znacznie się poprawiła to jednak tu jest najwięcej w Polsce alergii, nieżytów nosa, chorób tarczycy, zapaleń oskrzeli, astmy, schorzeń zatok i gardła czy wreszcie pylic – chorób zawodowych górników. By poczuć się jak nad morzem – a tam lekarze najczęściej zalecają wyjazd chorym na górne drogi oddechowe – trzeba uczestniczyć, w grocie, w przynajmniej dziesięciu seansach.

Podczas seansu sól, parując, uwalnia różne składniki, nasycając nimi powietrze. Mikroklimat w grocie jest unikalny, wręcz zbawienny jod i inne związki mineralne na umęczone nosy i gardła. W grocie można leżeć, spać, czytać książkę, chodzić po soli lub bawić się – dla dzieci przygotowano kącik z muszlami.

 

Mars wita

 

Z atmosferą Marsa zetknęłam się w kapsule o kosmicznym wyglądzie z gazowym azotem. Kriosauna stała na środku sali i niepokojąco do siebie przyzywała. Rozebrana do majtek,  w skarpetkach i rękawiczkach zostałam zamknięta w kapsule do wysokości barków. W ciągu kilkunastu sekund otoczył mnie gaz w azocie o temperaturze minus 170 stopni Celsjusza. Suche zimno było tak uderzające, że po prostu zatkało mnie z wrażenia. Kiedy wcześniej w Inowrocławiu zetknęłam się z tradycyjną komorą kriogeniczną, czułam głównie dokuczliwe kłucie i pieczenie. Tam też trzeba było wejść suchym (nie można być spoconym), ale za to bardziej ubranym w długie wełniane pończochy, z maską na twarzy, w rękawiczkach, z opaską na głowę osłaniającą uszy i w drewniakach. Najpierw wchodziło się do przedsionka - pół minuty w temperaturze minus 60 stopni Celsjusza, później do właściwej komory, w której jest minus 130 stopni Celsjusza. Tu poczułam się jak Kai z Królowej Śniegu Andersena, którego zła królowa zamieniła w bryłę lodu.

Krańcowo niskie temperatury pomagają pozbyć się bólu i zmęczenia. Komora świetnie działa na stawy, choroby reumatyczne, poprawia krążenie, ale żeby do niej wejść trzeba mieć zdrowe serce, niskie lub normalne ciśnienie. Seans trwa tylko 3 minuty. W komorze jest na tyle luzu, że jeśli chcę to mogę wykonywać ruchy dla dodania sobie animuszu. Po seansie konieczny jest wysiłek fizyczny. Najlepiej 20 minut rowerka. Terapia zimnem pomaga w schorzeniach reumatycznych oraz pobudza układ immunologiczny i hormonalny, dzięki czemu można się uodpornić na wiele chorób.

 

Egipska piramida

 

Zadzieram głowę wysoko do góry. Stoję przed najprawdziwszą piramidą, która ma w podstawie 44 metry a jej wysokość wynosi 27,6 metra. Wykonana jest z granitu a nad wejściem hieroglifami umieszczono napis – Gość dla gospodarza jest święty. 

Wchodzimy do wnętrza  piramidy bioenergoterapeuty Tadeusza Ceglińskiego. I tu niespodzianka. W środku jest druga mniejsza piramida. Piramidy egipskie mają moce leczące i na tej zasadzie oparto całą koncepcję budowy. Tu jest miejsce energetyczne, gdzie ludzie nabierają sił do dalszego funkcjonowania.  Schodzimy do podziemi Ozyrysa – na ścianie cały czas towarzyszą nam freski stosowne dla każdego pomieszczenia. To komnata energetyczna, pod podłogą jest owiany legendą czakram. Drugi, po Wawelu, o tak silnej mocy. Według legendy kiedyś ukazał się tu anioł i oparł swoją stopę o kamień. Wgłębienie przypominające odcisk nogi, do dzisiaj jest widoczne. Od wieków w tym miejscu zasiadali po pracy miejscowi ludzie, odzyskując energię i siły witalne. Przyjeżdżała tu również na pikniki, z całym dworem, księżniczka Daisy z zamku pszczyńskiego. Fragment tego głazu dostaję do potrzymania w ręku. Przypomina piryt – rudę żelaza i co dziwne czuję mrowienie na ciele. Wychodzę na parter, do pomieszczeń z freskami bogini płodności i oka Horusa. Tu znajdują się gabinety odnowy. Basen z antyfalą i hydromasażem, bicze szkockie Niagara, wanny do kąpieli perełkowych, sauna, gabinety masażu, siłownia i sala do aerobiku. Dalej znalazły miejsce gabinety kosmetyczne i fryzjerskie, solaria i jedyna w Polsce i w Europie - japońska kapsuła piękności. Cud najnowocześniejszej techniki o kosmicznej technologii.

Podobno wchodzi się do niej i po kilkunastu, zaprogramowanych skomplikowanych zabiegach kosmetycznych, wychodzi o 10 lat młodszym. Na drugim, trzecim i czwartym piętrze jest hotel na 140 miejsc, a od szóstego do dziesiątego piętra rozciąga się kolejne magiczne miejsce – piramidion. 

Gdy wchodzę na szczyt ogarnia mnie tropikalne powietrze. To efekt szklanych ścian i nawilżaczy powietrza. Leżąc w kostiumie na leżaku, wśród tropikalnej roślinności i spoglądając na jezioro, pobliski zamek i miasto, mogę poczuć się jak w prawdziwym Egipcie.

 

Grażyna Kurowska

 

 

 


 

FELIETON NR.13   27 SIERPNIA 2006

 

Podróże kształcą?

Podręcznik dla średnio zaawansowanych wywiadowców

 

Lato to taki czas, że nastawiamy się pozytywnie do wszystkiego. Chcemy poznawać nowych ludzi, chłonąć miejscowe zwyczaje i zapachy. I rozmawiać nawet z obcymi. Dość mamy rutyny, nie zawsze ciekawej pracy i kiszenia się w jednym miejscu. Pomni stwierdzenia, ze podróże kształcą i ufni w życzliwość rodaków ruszamy zatem tłumnie w Polskę i zagraniczne rubieże.

 

Mnie tego lata wywiało w lubuskie, nad przepiękne, czyste jezioro (zasilane przez liczne podwodne źródła), w miłą na pierwszy rzut oka wiejską okolicę. Szykowałam się na leniwe opalanie, pływanie i niezobowiązujące pogawędki z nieznajomymi. Niestety ten wyidealizowany obraz wakacyjnego lenistwa, został już pierwszego dnia moich wakacji, brutalnie zweryfikowany przez rzeczywistość. Zostałam wciągnięta w wojnę polsko-polską między autochtonami a letnikami. Nieliczni miejscowi, którzy kiedyś letnikom sprzedali swoją ziemię za niezłe pieniądze, żyjąc sobie teraz we względnym dobrobycie (czyli pijąc piwo od rana i nic nie robiąc), postanowili letnikom życie obrzydzić. I to skutecznie, bo poranne picie daje chwilowy power w wymyślaniu akcji wojennych.

 

Początkowo zastosowali metodę oblężonej twierdzy. Polegała ona na tym, że na wsi dla letników nie było nic. To nic należy wziąć dosłownie. Ani mleka, ani jajka, ani kiosku, ani sklepu ani budki z piwem czy lodami. Straszne – nawet nie było kościoła i miejscowi konspiracyjnie umawiali się na mszę w remizie. Syndrom oblężonej twierdzy nie trwał długo, bo nagle z Niemiec przyjechał przedsiębiorczy jegomość. Potajemnie przekupił miejscowego, płacąc mu horrendalne pieniądze za działkę przy ruchliwej drodze. I od razu postawił hurtem sklep, klub bilardowy, pijalnię piwa i tancbudę na świeżym powietrzu. Zapomniał jedynie o książkach i gazetach ale wyszedł z założenia, że czytający letnik to trzeźwy letnik i nie będzie sobie psuł piwnego biznesu. Biznesmen nie mając żadnej konkurencji wywindował straszne ceny w sklepiku ale letnicy i tak byli mu wdzięczni, bo nie musieli jeździć 10 km za chlebem.

 

Miejscowi wymyślili wtedy nową grę – po zabawie w tancbudzie. Piątkowo-sobotnie czajenie się w krzakach i straszenie podpitych letników tulipanem (dla niewiedzących specjalnie rozbitą butelką). Skończyło sie na tym, że letnicy zaczęli chodzić kupą i z psami, które o dziwo wolno było przyprowadzać na zabawę. Dzięki temu byłam na jedynej takiej potańcówce w Polsce gdzie pląsający potyka się o psa.

 

Autochtoni musieli teraz nieźle pogłówkować, jak tu na nowo letnikom obrzydzić życie. Trafili w czuły punkt – jezioro. Letnicy jak w porządnej książce o społeczeństwie obywatelskim zrzucili się na plaże z prawdziwego zdarzenia. Wybronowali z jeziora glony, pobudowali drewniane, duże pomosty, nawieźli piasek. Postawili kosze, ławki, urządzili rabatki, udostępnili za piątaka rowery wodne. Miejscowi najpierw skradli kwiatki, potem zniszczyli ławki i porozrzucali śmieci. Zakopali w piasku rozbite butelki. Letnicy zaczęli dyżurować i sprowadzać policję z pobliskiego miasteczka. Po serii pouczeń, które rozlały sie po wiosce, autochtoni przystopowali. Wymyślili coś bardziej perfidnego. Zaczęli podjeżdżać pod plażę samochodami i puszczać na ful hip-hop. Jeździli skuterami wodnymi po jeziorze w taki sposób, jakby chcieli się zderzyć z każdym pływającym. Na szczęście okazało się, że jezioro objęte jest strefą ciszy i właścicieli skuterów ukarano wysoką grzywną. Ale hip-hop został. Dyżurni plażowi zresztą też. Wyposażeni w rowery i lornetki czujnie obserwują co też nowego wymyślą wiejskie chłopaki.

 

Tak więc chcąc czy nie chcąc, wybierając się każdego ranka nad wodę, zostawałam automatycznie zawłaszczana przez dyżurnego, który z wypiekami na twarzy zdawał mi meldunek. Potem byłam pouczana do zachowywania czujności i meldowania o nieprawidłowościach. Miejscowy konflikt tak zawładnął letnikami, że nie było żadnych rozmów o zupkach, dzieciach, obiadkach, rybkach i innych pięknych okolicznościach przyrody. Dominowało kto, gdzie, kiedy, po co i dlaczego jak w podręcznikach dla średnio zaawansowanych wywiadowców.

 

O czym melduje Wam dyżurant Grażyna Kurowska

 

 


 

FELIETON NR 12   16 LIPCA

 

Nowe atrakcje turystyczne niedaleko Śląska - szlak rycerski i wiślana trasa rowerowa

 

Jak głosi legenda - wewnątrz Czantorii w olbrzymiej i pozłacanej komnacie śpią od wieków rycerze. Dawno, dawno temu pod tą górą mieszkał biedny kowal Niedoba z rodziną. Pewnego razu do jego kuźni przybył rycerz w złotej zbroi i poprosił o podkucie pięknego białego konia. O tą samą przysługę poprosili również inni rycerze. W zamian kowal dostał z powrotem stare podkowy, co niezbyt mu się podobało. Jednak gdy wszedł z nimi do swojego domu, zamieniły się one w złoto. Odtąd rodzina Niedobów już nigdy nie zaznała biedy. Rycerze w Czantorii czekają natomiast na sygnał trąbki by obudzić się do kolejnego boju, w imię wolności i sprawiedliwości. Tyle legenda, która jednak zainspirowała Czechów i Polaków do stworzenia ciekawej atrakcji turystycznej.

W ramach polsko-czeskiego projektu zagospodarowania Czantorii - częściowo sfinansowanego z unijnych środków - powstał tematyczny szlak turystyczny – o nazwie rycerski.

Początek ma w Ustroniu. Na górę można wjechać krzesełkami a potem spacerem wejść na szczyt Czantorii i wybrać przy rozwidleniu dróg, jedną z ścieżek. Po drodze odwiedzamy zabytkową kuźnię, w której wg. legendy żelazne podkowy zamieniają się w złote; strome zbocza, po których wspinali się zbrojni rycerze i karczmę, w której wypoczywali - dziś serwuje się w niej rycerskie jadło. Chodzimy wokół drewnianego kościółka św. Mikołaja i kościoła ewangelickiego. Podziwiamy pejzaże Czantorii z przepięknej wieży widokowej, zwiedzamy Dolinę Suchego Potoku i drewniane góralskie chatki pod Czantorią. W lipcu w Nydku odbywa się słynny piwny festyn i degustuje bramborove czyli ziemniaczane placki.

Trasa ma 20 km, przy dolnej stacji kolejki lub na szczycie góry, turyści dostają za darmo foldery z dokładną mapką szlaku. Dla miłośników mocnych wrażeń przygotowano letni tor saneczkowy. Najlepszą pamiątką z rycerskiego szlaku jest srebrna lub czarna podkowa, która można kupić w kuźni, podglądając pracę kowala. Gdy będziemy mieli szczęście- być może w naszym domu – zamieni się w złoto.

 

Śląska Organizacja Turystyczna wspólnie z Urzędem Marszałkowskim Województwa Śląskiego rozpoczęła budowę pierwszego odcinka, w oparciu o najważniejszą z polskich rzek – Wisłę - Wiślaną Trasę Rowerową. Ma ona mieć swój początek u źródeł Wisły, a koniec u jej ujścia do Morza Bałtyckiego.

 

Wiślana trasa będzie rowerowym szlakiem, który umożliwi turyście bezpieczne przemieszczanie się, połączone ze zwiedzaniem najbardziej urokliwych miejsc. Rozpocznie się na zaporze nad Jeziorem Czerniańskim przy zbiegu Czarnej i Białej Wisełki. Jej schemat odpowiada zasadzie „filozofii rybiego kręgosłupa i ości”. Kręgosłup, czyli trasa główna jest stosunkowo łatwa i w pełni przejezdna dla każdego potencjalnego użytkownika. Od niej, w punktach węzłowych odchodzą pętle (tzw. ości), czyli oznakowane trasy lokalne i regionalne, o zróżnicowanym stopniu trudności, prowadzące do wszystkich ciekawych miejsc i atrakcji w okolicy.

Trasa główna („kręgosłup”) będzie biegła przez gminy Ustroń, Skoczów, Chybie, Jasienica, Czechowice-Dziedzice, Bestwina i Wilamowice.

Na trasie będą równomiernie rozmieszczone punkty serwisowe, wypożyczalnie rowerów -  w formie sieci – pozwalającej turyście na wypożyczeniu roweru w jednym punkcie i oddaniu w innym, parkingi, przechowalnie i stojaki na rowery, miejsca postojowo-odpoczynkowe wraz z bazą gastronomiczną i noclegową.

Na trasie zaznaczone zostaną atrakcje  -  miejsca, w których warto zatrzymać się na dłużej i zapoznać z lokalnymi tradycjami np. na Ślasku, w Pszczynie obejrzeć zagrody żubrów na terenie zwierzyńca w parku zamkowym lub odpocząć na urokliwym ryneczku. Zresztą to miasto przygotowało specjalną atrakcję –  ogólnopolskie centrum zakochanych rowerzystów.

 

Grażyna Kurowska

 


 

FELIETON NR.11  2 LIPCA 2006

 

 

 

Pierwszy duży festiwal kuchni na południu Polski

 

 

Śląskie smaki

 

 

Wiesław Ambros, Wiesław Bober, Tomasz Żmuda to śląscy członkowie ogólnopolskiego elitarnego klubu szefów kuchni. Dotychczas bywali w jury wielu polskich i międzynarodowych konkursów kulinarnych ale nigdy na Śląsku. Trochę ich to dziwi, że region znany z niespotykanych nigdzie potraw w ogóle ich nie promuje. Przecież śląska kuchnia jest częścią kuchni staropolskiej i polskiej oraz ma niebagatelny udział w kuchni myśliwskiej. I tu honor trzeba oddać Śląskiej Organizacji Turystycznej, która postanowiła wreszcie wylansować lokalne przysmaki.

 

17 czerwca, w konkursie o nagrodę złotego, srebrnego i brązowego durszlaka wzięło udział  aż siedemnaście amatorskich i profesjonalnych drużyn, reprezentujących kuchnię jurajską, beskidzką i górnośląską.

Zwycięzcy to Koło Gospodyń Wiejskich z Ornontowic za „ciapek kapustę z żeberkami” i „na maszket kopę” oraz Zespół Szkół Gastronomiczno-Hotelowych z Tarnowskich Gór za gołębie w sosie śmietanowym z podgrzybkami.

Konkurs odbywał się w niezwykłej atmosferze ruin zamku w Ogrodzieńcu. To ogromne zamczysko, największe w Jurze, przyciąga co lata rzesze turystów. Tym razem było podobnie. Na degustacje śląskich przysmaków przybyło aż 3 tysiące turystów. Jako, że był to pierwszy festiwal kulinarny gościom nie szczędzono jadła i napoju. A było w czym wybierać. Częstowano bitkami w liściach kapusty tak spreparowanymi, że przypominały kromki chleba, ogórkami ukiszonymi na kilkanaście sposobów, kapustą z grochem i fasolą, ciastem drożdżowym nadziewanym szynką, białą i śląską kiełbasą, krupniokami, domowym serem krowim i kozim, nalewkami z jeżyn, porzeczek, wiśni i polskimi miodami.

Dużym powodzeniem cieszył się popis szefa karczmy Austeria, który w stroju szlacheckim otwierał szablą szampana i częstował nim turystów. Czas umilały występy amatorskich zespołów folklorystycznych, kabaretu Rak i sławnego Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk.

 

Turystom najbardziej smakowały kluski tlone robione z ucieranej mąki razowo-pszennej, potem wyrabianej na ciasto, które po wyrośnięciu i uformowaniu w kule podaje się ze skwarkami z wędzonego boczku. Urzekła ich też opowieść o pochodzeniu i zwyczaju podawania cieszyńskich poleśników. Smaży się je na liściach kapusty by nabrały swoistego aromatu i charakterystycznej faktury. Potem moczy się je w mleku, polewa masłem, posypuje cukrem pudrem oraz utartym piernikiem i układa w wysokie na pół metra stosy. Jest to typowa potrawa regionalna podawana po żniwach w cieszyńskiem. Po pracy rolnicy podchodzili do stosików i częstowali się poleśnikami, popijając je kwaśnym mlekiem.

Ciekawą zupą była polewka na maślance przypominająca w smaku śląski żurek. Podgrzewa się ją w garnku wlewając w odpowiednich proporcjach – maślankę, śmietanę, usmażony boczek i cebulę, czosnek i przyprawy. Goście zachwycali się jeszcze schabowym z podgrzybkiem i kurkami w sosie borowikowym z jałowcem.

 

Jurorzy konkursu z klubu szefów kuchni mają nadzieję, że ta jurajska impreza przekonała profesjonalne firmy (hotelarzy, restauratorów) i amatorów do promowania regionalnych potraw. Wszyscy zgodnie podkreślali, że dzisiaj walka o turystę toczy się jakby w dwóch płaszczyznach.  Trzeba go przyciągnąć do przyjaznej miejscowości i zachęcić do pozostania w niej przez zorganizowanie ciekawej imprezy. Takiej jak Śląskie Smaki. Tylko takie atrakcje zachęcają ludzi do ruszenia się z domu.

Organizatorzy i członkowie kapituły lansowali tezę, że tylko współpraca wielu partnerów – władz, restauratorów, właścicieli gospodarstw agroturystycznych - może zaowocować lokalnym rozwojem turystyki. Promowanie oryginalnych imprez, upowszechniających regionalne obrzędy, folklor i kulinaria, to wręcz obowiązek władz myślących o przyciągnięciu gości, którzy zachwyceni atrakcjami zostawią w lokalnej kasie sporo pieniędzy.

Pokłosiem festiwalu Śląskie Smaki będzie folder z niemal wszystkimi przepisami i fotografiami potraw, które wzięły udział w konkursie. Będzie on promował Śląsk w Polsce.

 

Grażyna Kurowska


 

 

FELIETON NR.10  11 CZERWCA 2006

 

Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu i rezydencja Prezydenta Rzeczpospolitej w Wiśle

 

Beskidzkie atrakcje turystyczne

 

Wreszcie w Polsce mamy atrakcję turystyczną na najwyższym europejskim poziomie. Takie cudeńko turystyczne w Unii jest w połowie drogi między Aachen a Bonn w Niemczech i nazywa się Wildgehege Hellenthal. U nas nazywa się Leśny Park Niespodzianek.

Podjazd w Ustroniu Zawodziu jest dość stromy – trzeba się kierować na charakterystyczne domy uzdrowiskowe w kształcie piramid. Samochód zostawiamy na dużym parkingu. Jeszcze tylko kawałek w górę i jesteśmy w niezwykłej – jedynej takiej w Polsce - krainie, gdzie nad naszymi głowami latają drapieżne orły, myszołowy i sokoły.

 

Park jest tak ciekawy, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Rozciąga się na południowym stoku Równicy wśród lasów bukowych i ma 15 hektarów. Miłośnicy opalania mogą zalegnąć na licznych tu ławkach, niektóre zwierzęta same do nich podejdą przymilając się o łakocie, a można je karmić smakołykami oferowanymi w parku. Podchodzą oswojone białe daniele, muflony, sarny. Spragnieni mocnych wrażeń oglądają zagrody niespokojnych watach dzików, świnek wietnamskich, stad żubrów i jeleni czy pokazy sokolników. Kontemplujący przyrodę udają się ścieżką edukacyjną podziwiając wiele rzadkich roślin i drzew. Dzieci mają do wyboru wymyślny plac zabaw lub wędrówkę krainą bajek. Ta ostatnia jest ewenementem na krajową skalę. W dużych oszklonych gablotach ustawiono kukły znanych postaci bajkowych od Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków do Smerfów oraz Bolka i Lolka. Takich mini teatrzyków lalkowych na terenie parku jest 12. Po wciśnięciu guzika lalki ożywają głosami znanych polskich aktorów. Uciechy jest co niemiara.

 

Największą atrakcją są jednak loty ptaków drapieżnych. Trzy razy dziennie, o 11.00, 14.00 i 16.00, doświadczony sokolnik ubrany w charakterystyczny strój rodem z Wiedźmina, rozpoczyna swoją gawędę połączoną z pokazem. Każdy ptak jest specjalnie przywoływany, a te niecierpliwe upominające się krzykiem na swoją kolej, przywoływane są do porządku. Widowisko jest niezwykle dynamiczne z elementami humoru i reżyserowanej grozy. Myszołowy, kanie, jastrzębie, sokoły i orły pochodzące z różnych stron świata - niektóre z nich to jedyne okazy w Polsce - pikują nad głowami dorosłych i dziecięcych wózków wywołując piski matek. Siadają również na ogrodzeniu blisko ludzi, znikają w chmurach na dłuższą chwilę, wprawiając wszystkich w podsycane przez gawędziarza przeświadczenie, że pewnie wybrały wolność i już nie powrócą. Nic bardziej mylnego. Ptaki są doskonale wyszkolone i zawsze wracają po nagrodę od sokolnika czyli surowe mięso. Turyści z zapartym tchem fotografują i śledzą podniebne loty drapieżców wykonujących najbardziej fantastyczne ewolucje. Potem oglądają inne ptaki - nie biorące udziału w pokazach - a siedzące na specjalnych stanowiskach przed wolierami. Są to głównie sowy ale również i inni rzadcy drapieżcy. Ciekawostką jest to, że na pokazy sokolnicze, jak również na jesienne bykowiska i rykowiska, często zjeżdżają znani europejscy fotograficy przyrody.

 

Niedaleko Ustronia w Wiśle kolejna niespodzianka - rezydencja Prezydenta Rzeczpospolitej.

Cieszy, że do niej można dojechać bez uciążliwych kontroli. Bramy są otwarte a do lądowiska helikopterów, zabytkowej gajówki i zamku dolnego dostęp nieograniczony. Jedynie do zamku górnego trzeba się zapisywać w oddziale PTTK w Wiśle,  mieszczącego się przy ulicy Lipowej 4a. Można tam wcześniej mailować -  pttk@wisla.pl, rezerwując zwiedzanie, dostępne od środy do soboty w godzinach od 11.00 do 16.00. Bez zapisu ale i bez zwiedzania wnętrz, za to na mszę w kaplicy, można wejść na teren rezydencji w każdą niedzielę o godz. 11.00. Do kościółka trzeba przyjść 15 minut wcześniej, bo każda osoba poddawana jest kontroli na bramce - ręcznym wykrywaczem metali. Zamki są warte zobaczenia i niezwykle pięknie położone – wokół rozciągają się pasma Beskidów i największa w tym rejonie zapora Wisła-Czarne. Kto chce więcej informacji to polecam adres internetowy www.zamek.wisla.pl

Rezydencję prezydencką odwiedziło już ponad 5 tysięcy turystów. To bardzo dużo, jeśli weźmie się pod uwagę, że można ją zwiedzać od środy do soboty przez pięć godzin, w grupach nie większych niż 16 osób. Taki jest wymóg Biura Ochrony Rządu. Tak więc dziennie mogą przez zamek przewinąć się najwyżej trzy grupy. Wśród zwiedzających najwięcej jest Polaków, potem Niemców, Włochów i Francuzów. Na niedzielną mszę wchodzi o wiele więcej ludzi ale nikt nie prowadzi statystyk ile. Tyle tylko, że zmierzają oni tylko do kaplicy i nie mogą rozpraszać się po okolicy.

 

Grażyna Kurowska

 

 


 

 

 

FELIETON NR.9   28 MAJA 2006

 

Śląsk nowych technologii

 

Mechatronika została wymyślona w Japonii. Jako kierunek studiów szczególnie rozwija się w Azji i Stanach Zjednoczonych. Ostatnio dotarła do Europy w tym i do Polski, na Śląsk.

Nasz przemysł dziś bije na alarm – rozpaczliwie brakuje mu inżynierów. Młodzież tłumaczy się, że kierunki techniczne są wyjątkowo trudne a poza tym istnieją tylko na uczelniach państwowych.

To jedna strona medalu – druga, to obowiązująca ciągle na świecie jak również w Polsce, tradycyjna nauka inżynierska. Podzielona na wydziały, kierunki i specjalności. Od kilkunastu lat nie odpowiada to tendencjom w przemyśle wytwórczym i usługach.

Obecnie nowoczesne studia inżynierskie to studia interdyscyplinarne łączące wiele kierunków. Dotyczy to biomechaniki, biotechnologii, inżynierii miejskiej, ekonofizyki, nanotechnologii, bioinformatyki czy cybernetyki. Do takich właśnie międzywydziałowych nauk należy właśnie mechatronika. Do niej należą: roboty stacjonarne i mobilne, lekkie pojazdy elektryczne i hybrydowe, zautomatyzowane układy napędowe, układy cyfrowe, elektroniczna aparatura medyczna, sztuczne narządy, skomputeryzowane systemy pomiarowe z bezprzewodową transmisją danych, i wiele wiele innych.

 

Pierwsza prywatna uczelnia mechatroniki powstała w Polsce, w Katowicach-Szopienicach. Stworzył ją były profesor Politechniki Śląskiej Krzysztof Kluszczyński. - Rzeczywistość nas przerosła - twierdzi profesor – nie mamy wykształconych inżynierów do tworzenia zarazem elementów mechanicznych, elektronicznych czy biotechnologicznych określonego wyrobu. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież można powoływać zespoły specjalistów z tych dziedzin, ale w 90 na 100 przypadków one się nie dogadują! To tak jak z artystami – nie wyobrażam sobie skupienia ich w zespół i nakazania namalowania jednego obrazu. Pomijam już taką kwestię skąd wziąć u nas w większej ilości nano- czy biotechnologów. Chcemy przygotowywać inżynierów mechatroników do pracy w sferze nowych technologii i produkcji przemysłowej.

Na Śląsku już od dłuższego czasu działają dwa ośrodki ściśle związane z mechatroniką, choć tej nazwy nie używają. Mowa tu o pracowni robotyki na Politechnice Śląskiej, która z powodzeniem uruchomiła produkcję i sprzedaż  pierwszych polskich robotów edukacyjnych z serii Hexor.

Prężnie i z powodzeniem działa również Pracownia Biocybernetyki, pod przewodnictwem doktora Zbigniewa Nawrata w zabrzańskiej Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, której przewodniczy obecny minister zdrowia Zbigniew Religa. Stworzyła ona dwa lata temu prototypowe roboty medyczne do operacji kardiochirurgicznych. Miesiąc temu w garażu Fundacji (kiedyś tak zaczynał słynny Amazon czy Apple) powołano Zakład Robin Heart Service.

 

Doktor Zbigniew Nawrat, stylem bycia bardziej przypomina amerykańskiego self-made-mana niż polskiego naukowca. Jest bardzo kontaktowy. Stworzył wraz z specjalistami z Politechnik – łódzkiej i warszawskiej całą rodzinę medycznych Robinów. Najmłodsze i najdoskonalsze dziecko Robin Heart 2 jest bezpośrednio mocowany do stołu operacyjnego i posiada dwa ramiona, na których można zamontować różne narzędzia chirurgiczne. Jego system sterowania wykorzystuje mikroprocesory sygnałowe i specjalistyczne oprogramowanie, dzięki czemu jest znacznie tańszy od swoich poprzedników. Teraz roboty będą testowane na zwierzętach. Mają dokonać pierwszej na świecie operacji wszczepienia polskich komór wspomagania serca POLVAR oraz zastawek serca typu Religa. Jeśli pomyślnie przejdą przez wszystkie testy zostaną wprowadzone do praktyki klinicznej w tym roku i będą wspomagać lekarzy przy skomplikowanych operacjach chirurgicznych.

- To, że te maszyny powstały – twierdzi dr Nawrat - zawdzięczam stałym konsultacjom z najwybitniejszymi polskimi kardiochirurgami. Ich uwagi przyczyniły się do tego, że te roboty pracują właśnie tak a nie inaczej i znacznie różnią się od konkurencyjnych amerykańskich – Zeusa i Da Vinci. Oczywiście spotykam się z zarzutami, że robot tak naprawdę nigdy nie zastąpi chirurga z powodu braku czucia – ale ich nie podzielam. Nad czuciem już pracujemy. Świat idzie do przodu a ja chcę być w jego czołówce.

Jeśli wszystko dobrze pójdzie seryjna produkcja Robina ruszy w 2007 roku. Tak więc prekursorami mechatroniki, choć pewnie o tym tak nie myśleli byli na Śląsku twórcy robotów edukacyjnych i medycznych. Pozostaje mieć nadzieje, że absolwenci tej nowej nauki stworzą w przyszłości równie interesujące i nowatorskie rozwiązania techniczne.

 

Grażyna Kurowska

 

 


 

 

 

 

FELIETON NR.8    21 MAJA  2006

 

ASP zmienia oblicze Śląska

 

Ostatnio głośno na Śląsku o zmianie wizerunku naszego regionu. Wrocław, Kraków a nawet Łódź mają doskonały Public Relations, reklamują się w prasie czy na bilbordach. Wrocław chce z powrotem ściągać młodych ludzi – już z doświadczeniem zawodowym – z Londynu, Kraków mami swoją ofertą kulturalną a Łódź niezliczoną ilością dobrze prosperujących galerii. Nas, niestety, ciągle postrzega się przez pryzmat ciężkiego przemysłu, który drastycznie się kurczy czy zdegradowanego środowiska, gdy lasy zajmują ponad 40% powierzchni województwa.

 

Dlatego cieszyć powinny wszelkie próby samorządowców zmierzające do zmiany tych stereotypów. Po uporaniu się z infrastrukturą wreszcie zaczęli zauważać, że siła regionu to także ciekawe propozycje spędzania wolnego czasu. Są już centra handlowe, ścieżki rowerowe, baseny i wreszcie przyszedł czas na kulturę. Nie tą bezmyślną dysko-piwną ale taką, która różnym grupom dostarczy ciekawych wrażeń. Na przykład przy ulicy Chorzowskiej w Katowicach tworzy się nowe centrum miasta - od Silesia City, poprzez bank, restauracje, sklepy, Rondo Sztuki, Uniwersytet Śląski, przyszłe Muzeum Śląskie.

 

Akademia Sztuk Pięknych w Katowicach odgrywa w tych zmianach wizerunku ogromną rolę. Rektor uczelni Marian Oslislo aż zaciera ręce z zadowolenia.

Atutem ASP jest uczelnia elitarna i profesor, który ma czas dla każdego studenta. Niezaprzeczalną wartością nauczania jest indywidualne podejście do wszystkich studiujących. Pozwala to na uczenie sztuki w formie przygody artystycznej.  Jednak w zjednoczonej Europie nie można obawiać się napływu studentów zagranicznych i uczelnia wg. zapewnień przyjmie ich z otwartymi ramionami, pod warunkiem, że pokażą prace na odpowiednim poziomie. Jest pytanie, jakie mechanizmy trzeba uruchomić, jakie kryteria selekcji zastosować, by wybrać tych, którzy się nadadzą. Nie ma co do tego wątpliwości, że obecnie Akademia, od 55 lat filia krakowskiej ASP,  a od czterech lat samodzielna,  ma wysoki poziom nauczania i to jest wiano, którego nie wolno roztrwonić. Na zachodzie państwo finansuje szkolnictwo artystyczne. U nas uczelnie borykają się z niskimi płacami dla kadry, brakiem pieniędzy na materiały i narzędzia potrzebne do nauki. Uzupełniają swoje finanse tylko poprzez wprowadzanie odpłatnych licencjatów. Warto przyjąć z UE - np. dzięki pozyskiwanym funduszom - to co związane jest z szeroko rozumianą cywilizacją -  nowoczesną technologię, sprawdzone procedury, wszystko to co porządkuje życie. Rzeczywiste niebezpieczeństwo w dydaktyce artystycznej tkwi w poddaniu się wyłącznie technologii. Za tym narzędziem musi stać autorytet, który wie po co ono ma być użyte.

 

Dlatego ASP chce zmienić na Śląsku i to jest absolutnie nowatorskie – spojrzenie na sztukę. Nie zasklepiać się w tradycji, która istnieje, jest świetna i eksponowana ale w promowaniu sztuki nowoczesnej. Dlaczego Berlin został okrzyknięty światową stolicą nowych sztuk? Bo postawił na nowatorstwo, innowacje, technologie, narzędzia wyprzedzające epokę.

 

Tak będzie i u nas – zapewnia rektor Oslislo – niemal symbolicznie na skrzyżowaniu dróg będziemy mieli własne Rondo Sztuki (katowickie rondo przy Spodku). Jest ono teraz wznoszone i w październiku wystawiając tam instalacje, pokłosie biennale rysunku, konkursów projektowania uczelni artystycznych, multimedia, wzornictwo, nową sztukę, murale chcemy na Śląsku zapoczątkować coś absolutnie nowatorskiego. Starcie sztuki poprzez wystawy z dyskusją publiczną, kuluarowe rozmowy kawiarniane, muzykę na żywo, kabarety – jednym słowem Rondo ma być wizytówką sztuki nowoczesnej, tworzyć inspirujące miejsce do dyskurs, polemik a nawet kłótni. Będzie to dla nas o tyle ważne, że w przyszłym roku Akademia obchodzić będzie swoje 60-lecie.

 

To rzadkość, że rektor myśli tak samo jak jego studenci. Złamanie monopolu tradycyjnego pojmowania sztuki, jest wyzwaniem nie lada, w konserwatywnie myślącym społeczeństwie jakim jesteśmy. Ale jeśli ludziom nie pokażemy innych możliwości to oni nigdy nie będą mogli wyrobić sobie opinii. Czy poprą nową sztukę czy nie? Czy ulegną jej urokowi? Czy zaciekawią ich nowe rozwiązania technologiczne? Aby uzyskać odpowiedź na te pytania trzeba coś pokazać, zaproponować. Na Śląsku okazało się, że prekursorem w tej dziedzinie będzie ASP.

 

Grażyna Kurowska


 

 

 

FELIETON NR.7   30 KWIETNIA 2006

Polaków rozmowy polityczne

W długi weekend majowy – Polacy mają 9 dni urlopu – wyjeżdżamy na ogół w miłe miejsca w góry, nad morze czy jeziora – grillujemy, pijemy piwo i politykujemy na potęgę. A jest o czym.

 

W cudownym kraju nad Wisłą trudno nie być anarchistą. Państwo tutaj było zawsze słabe - na przykład za Rzeczpospolitej szlacheckiej w ogóle nie istniało coś takiego jak policja - albo wrogie. Urzędnika nie oglądaliśmy przez lata, a teraz - jak już musimy się z nim spotkać - jest to doświadczenie raczej ponure.

Dlatego radziliśmy sobie i radzimy sobie sami. Działamy, uruchamiamy rodzinę i przyjaciół, szukamy dojść i kuzynów. Czasem po ludzku poprosimy panią lub pana w okienku i oni – jeśli mogą – to pomogą. Największym nieszczęściem, którego obawiamy się jak zarazy, jest „posłanie sprawy wyżej” lub „uruchomienie procedur”. Wobec czego wielu z nas uwielbia szarą strefę.

Tak się bowiem składa, że nasze państwo działa tak samo jak my – jest największym anarchistą z nas wszystkich. Nie przestrzega żadnych reguł gry i ma gdzieś jakiekolwiek procedury. Trudno inaczej traktować sytuację w której w ciągu roku parlament wydaje się 24 tysiące stron przepisów, jeśli prawo karne w ciągu 8 lat jest nowelizowane 25 razy, jeśli przeciętny czas obowiązywania ustaw podatkowych wynosi ok. miesiąca – tak często są zmieniane.

W takim państwie drastycznie rosną koszty życia, edukacji i działalności gospodarczej. Student nie ma pojęcia czy skończy studia które zaczął, bo może po drodze coś skasują, wprowadzą albo zmienią. Studentka uczy się czegoś co jest całkowicie legalne, po czym okazuje się nielegalne, a potem znowu legalne ale na innych zasadach. Korporacje zawodowe raz coś mogą a raz nie mogą a później znów mogą ale nieco inaczej i nikt nie wie jak. Krótko mówiąc – Rzeczpospolita jest największym wrogiem swoich obywateli przez coś co mój znajomy prawnik nazywa celnie acz brutalnie „sraczką legislacyjną”. W takim państwie – by żyć – oszukuje się z definicji choćby z tego powodu, że jest fizyczną niemożliwością zapoznanie się z obowiązującymi przepisami.

Powstaje wobec tego pytanie dlaczego ufamy biurokratycznej machinie Unii Europejskiej. A że tak jest potwierdzają badania – 77% z nas chce większego wpływu Brukseli na nasze sprawy - według dziennika Rzeczpospolita, z kwietnia tego roku. Tylko 28% obywateli Polski ufa narodowym władzom bardziej niż władzom UE. Chcemy euro, wspólnej polityki zagranicznej i koordynacji w gospodarce.

My – anarchiści – kochamy biurokratów? Paradoks jest, jak sądzę pozorny. Anarchia męczy. Niestety społeczne mechanizmy samoregulacyjne i więzi obywatelskie są dziś dużo słabsze niż kilkadziesiąt a nawet kilkanaście lat temu. Potencjał organizacji pozarządowych i umiejętności samoorganizacji społecznej są w Polsce dość nikłe. Ktoś więc musi zaprowadzić minimum porządku. Ale porządek oznacza względną trwałość a nie ruchome piaski.

I właśnie dlatego kochamy Unię. Jest niesprawna. Decyzje podejmuje się tam powoli. Zanim coś się wprowadzi w życie mijają lata. Interesy państw są sprzeczne i reguły prowadzą do zgniłych kompromisów. Ale oznacza to także, że raz wprowadzony przepis żyje 10-15 lat. Papierów (wbrew pozorom) jest mniej niż u nas. Tu autentyczna opowieść – brałam udział w przygotowaniu projektu unijnego i nasza polska biurokracja zażądała od nas (sprawdziliśmy) ok. 500 kilogramów dokumentów. Wszystko podpisane, opieczętowane i zasznurowane. Sprawdziliśmy także jakie są wymagania Brukseli – Unia żąda 6 stron formatu A4. Takich przepisów i wymagań można się nauczyć, poznać orzecznictwo sądów i decyzje administracyjnej. Obywatele i urzędnicy wiedzą co robić, jak reagować, do kogo się zwracać.

Kolejnym aspektem unijnej biurokracji jest stałość instytucjonalna. Z wyżej podanych powodów urząd jest trudno powołać i trudno zlikwidować. Wszyscy więc wiedzą kto się czym zajmuje. W razie sporu kompetencyjnego także wiadomo kto go rozstrzygnie. Polskie ruchome piaski dotyczą także instytucji. Raz o czymś decydują urzędy skarbowe, potem przenoszą firmę do dużego urzędu skarbowego, potem okazuje się, że celnicy a w końcu – w razie sporu – można „pisać na Berdyczów” - to powiedzonko nieprzypadkowo powstało w Galicji, chociaż c.k. administracja, według dzisiejszych standardów była niesłychanie sprawna.

Oczywiście nie jest idealnie - a gdzie jest? Sporo decyzji Brukseli jest groteskowych, biurokracja ulega naciskom rządowym, liczne lobbies załatwiają przedziwne rzeczy, czego przykładem promowanie zakazu palenia z jednoczesnym dotowaniem produkcji tytoniu. Ważne jednak są długotrwałe procedury a nie meritum. Nawet do największej głupoty można się przystosować jeśli ma się czas – a Unia go daje. Tak sobie myślę  – co by było gdyby wprowadzić w Polsce przepis konstytucyjny, że każda ustawa wchodzi w życie, nie w czasie kadencji Sejmu kiedy została uchwalona, ale dopiero w następnej?

 

Grażyna Kurowska


 

 

 

 

FELIETON NR.6 16 KWIETNIA 2006

 

Zmieniają się upodobania rodaków.W co się bawić

To słynne słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego, kultowego artysty lat 60. w Polsce. A bawiono się wtedy jednowymiarowo, choć w zależności od klasy w innym otoczeniu. Wóda i rozróba królowały zarówno w zaułkach warszawskiej Pragi jak i kultowego klubu SPATiFu. Dziś, co prawda, jest to również ulubiona forma spędzania czasu niektórych rodaków. Dotyczy to jednak głównie wsi popegeerowskiej, ludzi biednych, nieradzących sobie w życiu, wykluczonych.

 

Zdecydowana większość oddaje się w czasie wolnym różnorakiemu hobby. A gusta bardzo się zmieniły. Tydzień temu poszłam na kilkukilometrowy spacer do chorzowskiego parku (jednego z największych w Europie) i przetarłam oczy ze zdziwienia. Nagle znalazłam sie w innym świecie i innej przestrzeni. Wokół mnie chodzili, w tysiącach sztuk, ogoleni i długowłosi faceci w czarnych skórach, wytatuowani, z bandamkami na głowach i złowrogimi napisami na plecach w stylu - Anioły Piekieł, Szaleńcy Szos, Piekielni Jeźdźcy. Niektórzy przechodzili się niedbałym krokiem, inni nonszalancko mnie zaczepiali z słowami - „fajny jestem?” na co potakiwałam, na wszelki wypadek, głową. Jeszcze inni siedzieli rozparci na niezliczonych Harleyach, Hondach, motorach Kawasaki i Suzuki oraz Yamahach i dumnie prężyli piersi, łaknąc biegnących zewsząd – ochów i achów. Jednym słowem kowboje szos na swoich drogich i szalejących maszynach. Wokół kłębiły się stoiska z nożami, replikami broni krótkiej i długiej, noktowizorami, hełmami i wszelkimi częściami zamiennymi do motorów. A wśród nich biegały małe dzieci, leniwie przechadzały się matki z wózkami i ojcowie z aparatami fotograficznymi. Jednym słowem sielanka. Tak w Polsce wygląda groźny w Stanach kult Aniołów Piekieł, potulnych u nas jak baranki, głaszczących dzieci po główkach. Dla niewtajemniczonych dodam , że jest to hobby starszych i zasobnych w gotówkę panów, nierzadko biznesmenów z górnej półki, lubiących od święta udawać groźnych macho. A motory, na których jeżdżą kosztują u nas nierzadko równowartość trzech samochodów średniej klasy.

 

Lekko oszołomiona skręciłam w inną stronę parku by znów stanąć jak wryta. Otóż przede mną rozgrywano zawody, w jeździe na 50 kilometrów, na stacjonarnych rowerkach. Zawodnicy dla utrudnienia, co chwilę zmieniali tempo w rytm muzyki techno. Co prawda jazda na rowerze w naszym kraju bardzo się upowszechniła (chwała władzom Śląska za budowę ścieżek rowerowych) ale świadkiem takiego wysiłku nie byłam dawno. W poszukiwaniu upragnionej ciszy skręciłam w końcu w najmniej uczęszczane miejsca. A tam powszechny zlot panienek, na pół rozebranych i uprawiających fitness do komend znanego z telewizji trenera. No nie, tego już za wiele. Rodacy masowo uprawiający sporty, w sposób nieprzymuszony i z uśmiechem na ustach. Sciences fiction w czystej postaci. W jednej chwili odechciało mi się spacerować – a nuż natknę sie na staruszków ścigających się po ścieżkach lub wrotkarzy uprawiających slalom na wytyczonej trasie. Po co mi spotkania z gimnastyczkami na zielonej łące czy kulturystami dźwigającymi rozliczne głazy upiększające park.

 

Na szczęście, w końcu, na zagubionej leśnej drodze znalazłam jakby wstydliwie ukryty pub. Nazywał się Leśniczówka. Z rozkoszą zagłębiłam się w bujanym fotelu i zamówiłam piwo. Lager z dużą pianką. I tęsknie zanuciłam  – w co się bawić...i oby tylko duch w narodzie nie zginął.

(jeśli mają Państwo ten utwór, to proszę go na koniec tego felietonu puścić)

 

Grażyna Kurowska

 

Proszę jeszcze ode mnie dodać:

 

Jest mi niezwykle miło, że wszystkim moim wiernym słuchaczom, mogę teraz złożyć pełne serdeczności życzenia świąteczne. Ozdobnych jajek, mokrego dyngusa i miłości bożej. Dziękuję Wam za miłe przyjęcie i zainteresowanie jakim mnie darzycie. Wesołego Alleluja!


 

 FELIETON NR.5  2 KWIETNIA 2006

 

Stanislaw lem i Grazyna Kurowska

 

 

Wszyscy jesteśmy skażeni Lemem

 

 

Żyjemy w czasach, w których słuchanie, czytanie czy zadawanie pytań wyszło z mody. Jeśli słuchamy to nie drugiego człowieka ale muzyki z odtwarzacza MP3, jeśli czytamy to nie esej naukowy a raczej tabloid czy „Kod Leonarda da Vinci”, jeśli zadajemy pytania to raczej takie błahe i codzienne a nie dotyczące siły naszego rozumu czy zrozumienia wszechświata.

 

Na szczęście był taki człowiek, który za nas wszystkich słuchał, czytał i zadawał pytania. Nazywał się Stanisław Lem i niestety umarł. Nie był tylko pisarzem science-fiction jak to niektórzy chcą go sklasyfikować lecz postacią renesansową. Interesował się wszystkim i mógł podjąć jako jeden z nielicznych ludzi na tej ziemi, równorzędną rozmowę z uznanymi autorytetami naukowymi. I to w ich języku, bo był poliglotą. Wiedział, że ludzie są leniwi umysłowo i nie dotrze do nich esejami naukowymi choć i takie pisał. Ubrał więc swoje przemyślenia w otoczkę science-fiction by dotrzeć do umysłów większości ludzi a nie tylko elit. Zresztą proszę zauważyć, że wszystkie wybitne umysły i postacie renesansowe starają się ze swoją wiedza przebić do ogółu a nie tylko do wybranych. Bo wiedza tak jak i wiara jest darem i trzeba się z nią dzielić z tymi wszystkimi, którzy jej łakną. Co ciekawe nie wierzył w życie po śmierci, ale w swoich książkach i esejach pozostawił tak wiele pytań bez odpowiedzi, że to właśnie On bardziej przybliżył mnie w młodości do wiary  niż lekcje religii. Dlatego wcale mnie nie dziwi, że jego felietony drukował katolicki „Tygodnik Powszechny”.

 

Dlaczego tak odczuwam jego stratę? Bo był dla mnie guru, autorytetem, kimś kto wyzwalał moją wyobraźnię, kazał zastanawiać się nad wpływem technologii na nasze życie. Przewidział wszystko i to jeszcze w ubiegłym wieku. Że roboty odbiorą nam pracę i kiedyś się usamodzielnią. Że tak trudno porozumieć się z innymi istotami pozaziemskimi bo nie nadajemy na tych samych falach. Ich kształt, język, inteligencja może być tak różna od naszej, że tego nie pojmiemy nigdy, jak istoty Boga. Że przestaniemy jako gatunek ludzki z sobą rozmawiać i zaszyjemy się w wirtualnych światach. Że w końcu wymyślimy super komputer, który nami zawładnie. Że będziemy się klonować, wszczepiać komórki macierzyste i sztuczne organy, tworząc cyborgi czyli pół ludzi i pół maszyny. Że kiedyś wszyscy pracować będziemy we własnych domach i nasze życie będziemy projektować sami, łącznie z własnymi dziećmi. Że będziemy długowieczni a śmierć umysłu nie będzie możliwa, bo zapisany na dysku będzie mógł funkcjonować w innym ciele.

Tylko czy z tego powodu będziemy szczęśliwsi? Czy nie stworzy to tylu wyzwań etycznych, prawnych, religijnych, że nie udźwigniemy tego i unicestwimy się w wojnach ludzi z cyborgami i robotami? Dziękuję Lemowi za te pytania i wątpliwości.

 

Jego stratę odczuwam też z innego powodu. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju więc i w Polsce Lem miał grupę swoich wiernych wyznawców ale wcale nie tak liczną jakby się zdawało. Tak naprawdę Stanisława Lema pokochał świat, który wydrukował jego książki w prawie wszystkich językach i wielomilionowych nakładach. Pokochał tak, że się nim skaził. Spójmy na twórczość literacką współczesnych wizjonerów japońskich, spójrzmy na amerykańską fantastykę filmową z kultowym Star Trekiem czy Gwiezdnymi wrotami, spójrzmy na kierunki niektórych badań naukowych – medycyny, biotechnologii, robotyki. Wszyscy czytali Lema i mają go tak głęboko w swojej podświadomości, że spełniają jego wizje. Pytanie tylko czy mają też jego wątpliwości.

 

Stanisława Lema poznałam osobiście pięć lat temu, w jego 80. urodziny. Urządzono mu fetę w krakowskim empiku na rynku. Z szampanem i tortem. Pojechałam na tą uroczystość specjalnie  z egzemplarzami moich ulubionych książek – Solaris i Niezwyciężonego. Byłam pierwsza w kolejce po autograf, który przechowuje jak świętość wraz z fotografią, którą zrobiono mi z jubilatem. Lem był wyraźnie zażenowany czytelniczym uwielbieniem i życzeniami stu lat jakie mu składano. Jako skromny człowiek i typowy racjonalista wyraził ubolewanie, że stu lat z pewnością nie dożyje. I ta wizja się spełniła. Umarł w wieku lat 85.

 

 

Grażyna Kurowska

 


 

 

FELIETON NR.4 19 MARCA 2006

 

 

Tym razem o sztuce

 

Polski teatr potega jest i basta!

 

Wasza felietonistka w ubieglym tygodniu niezwykle sie poswiecala. Dla dobra sztuki. Przez osiem kolejnych dni, przychodzila do Teatru Slaskiego w Katowicach o szóstej wieczorem, a powracala do domu grubo po pólnocy. Okazja byla znakomita. Odbywal sie Ogólnopolski Festiwal Sztuki Rezyserskiej - Interpretacje 2006. Znakomici krajowi rezyserzy walczyli o Laur Konrada, który od osmiu lat trwania festiwalu, mozna zdobyc tylko w jedyny sposób. Trzeba powalic na kolana szacowne jury, skladajace sie z najwybitniejszych osobowosci swiata kultury. Jury, które od kilku lat, podobnie jak publicznosc - ulega emocjonalnej wymowie sztuki - i tylko taka nagradza. Wyrezyserowana przez Warlikowskiego, Jarzyne, Augustynowicz, Klate, Cieplaka, Wojcieszka, Kleczewska. Sztuki, która doprowadzila równiez do fermentu w teatrach Warszawy i Krakowa, zyjacych jak dotad w sztywnej konwencji tradycyjnych form scenicznych.

 

Jak to sie stalo, ze rezyserzy , których spektakle znalazly sie na katowickim festiwalu tak zamieszali w szacownym swiecie teatralnym? Otóz mam swoja wlasna teorie.

 

Slask jest od lat forum teatru alternatywnego czyli teatru bardzo awangardowego, niebojacego sie zadnych tresci i nowych form, kiedys zyjacego w podziemiu a teraz juz ucywilizowanego, pracujacego na wlasnych scenach. Tu pracuja takie teatry jak Korez, Mumio, Gry i Ludzie, Suka Off, Slaski Teatr Tanca, Cogitatur, które zdobyly uznanie nie tylko w Polsce ale i na swiecie. Tu co roku odbywa sie jeden z najbardziej znanych krajowych festiwali teatru alternatywnego A'Part, na który przyjezdzaja Gardzienice, Biuro Podrózy, Scena Plastyczna KUL, Wierszalin - czyli najslynniejsze polskie teatry awangardowe. Co ja mówie jakie polskie! One zaczely podbijac swiat! Nie wierzycie - w Londynie, Nowym Jorku, Moskwie, Edynburgu, Genui, Sydney - pisza o nich, ze biora scene jak burza, wprawiaja w trans, roztaczaja taka energie, ze publicznosc potrafi bez tchu i w calkowitej ciszy siedziec przez 45 minut!

 

Na Slasku zatem, jak udowodnilam, publicznosc kocha teatr niesamowicie zaangazowany, nowatorski i emocjonalny. Teatr, który mówi o istotnych, dotykajacych nas na co dzien sprawach - czesto bolesnych i okrutnych. Ale równiez teatr polityczny, pelen aluzji do czasów historycznych jak i wspólczesnych, obsmiewajacy nasze nie zawsze strawne dla swiata cechy narodowe.

Zatem trudno sie dziwic, ze na katowickich Interpretacjach goraco przyjmowano przedstawienia, które wystawialy na posmiewisko wszystko to z czego ostatnio jestesmy dumni (Unie Europejska, nasz patriotyzm, rozbuchana konsumpcje, dazenie do wybicia sie w pracy i zyciu) ale tylko po to, abysmy spojrzeli na siebie czasem krytycznie i z dystansu.

Nie dziwi mnie tez gorace przyjecie teatrów, które choc epatuja niezwyklym brutalizmem, seksem i wrecz doslownym pokazywaniem na scenie czynnosci fizjologicznych, daja nam domyslenia jak krucha jest ta czlowiecza granica, której nie wolno nam przekroczyc. Przedstawienia mówiace posrednio jak wazna jest wiedza, tolerancja, milosc, religia, autorytet i wsparcie w trudnych chwilach ze strony bliznich.

 

Dlatego wlasnie teatr wygrywa dzis w Polsce - tak jak kiedys powiesc romantyczna czy filmowa szkola polska, zapoczatkowana przez Wajde. Bo mówi prawde. Twardo. Nieprzyjemnie. Otwarcie. Bez ogródek. Do wszystkich we wszystkich miastach Polski. Od Walbrzycha, przez Lódz, Szczecin, Gdansk, Poznan, Kalisz, Wroclaw, Legnice, Opole. Zarazil równiez Kraków i Warszawe. I ta prawda potrafi równiez zarazic zagranicznego widza.

Zycze Wam, w Edmonton, abyscie jak najszybciej sprowadzili do siebie polski teatr - rezysera z listy, która wczesniej Wam podalam. A nie pozalujecie!

 

Grazyna Kurowska


 

FELIETON NR.3 5 MARCA 2006

Straszna „Luiza”- prawdziwa kopalnia do zwiedzania

 

Jestem przy ulicy Wolności 402 w Zabrzu, kawałek dalej widać kominy elektrowni. Duże tablice bezbłędnie kierują mnie do skansenu Królowa Luiza. Po drodze mijam szyb Carnall z czynną, starannie wypielęgnowaną maszyną parową z 1915 roku. Aż miło popatrzeć jak pracuje. Bucha para, naoliwione tłoki niezwykle szybko się poruszają. Zwiedzający piszczą z emocji i chowają się za plecami operatora. Jest to jedyna taka maszyna w Europie. Ma moc 2000 KM, wyprodukowana została w Dilmen w Niemczech i kilka lat temu obsługiwała jeszcze szyb o głębokości 503 metrów. Wyposażona jest w fikuśne oliwiarki, szybkościomierz i wskaźnik głębokości.

Idę dalej. Wchodzę do  starej, odrestaurowanej kompresorni. Tam wita mnie przewodnik, który zaprasza mnie do środka zabytkowego samochodu, który „grał” w słynnym Vabanku – filmie Juliusza Machulskiego. Jestem w Muzeum Starych Samochodów. Są tam przedwojenne polskie Fiaty, kilka modeli Mercedesów i BMW, Lancia, Renault, Opel, Skoda, Citroen. Z czasów wojny pochodzą „łaziki” Willys Jeep i niemiecki Kdf, produkcję powojenną reprezentują Daimler, Triumph, mały Messerschmidt a także kolekcja polskich motocykli. Udało się tutaj zręcznie pogodzić cuda przemysłowej techniki z motoryzacją.

 

Teraz czekają mnie największe atrakcje w niedalekiej sztolni przy ul. Sienkiewicza. Przejście podziemnym chodnikiem górniczym liczącym 1560 metrów. Idziemy w większej grupie bo dołączyli inni zwiedzający. Wszyscy wkładamy kaski na głowy, przewodnik, w roboczym ubraniu, bierze jeszcze karbidówkę i oskard. Trochę kręci nosem widząc nasze jasne ubrania i nieodpowiednie buty. Wreszcie schodzimy na głębokość 35 metrów. Przewodnik żartuje, że jak zobaczymy Skarbka to mamy się nie bać. Podobno raz w roku jeden z pracowników przebiera się za władcę podziemi i straszy turystów.

Początkowo jest łatwo i idziemy dość szybko dużym chodnikiem, oglądamy ściany pełne czystego węgla, uczymy się rozróżniać brzmienie dzwonków górniczych i sygnalizatorów. Później jest coraz gorzej. Kapie woda, chodniki są ciasne, podchodzimy do ścian wydobywczych. Najpierw oglądamy rekonstrukcje sprzed dwóch wieków – górników z kilofami walących w ścianę i niezwykle ubranych – w czapki, spodnie garniturowe, białe! koszule i kamizelki. Nazywano ich „murckami”, bo po wyjściu z kopalni byli strasznie umorusani a mogli się umyć dopiero w domu. Do dziś jedna z byłych górniczych dzielnic Katowic nosi nazwę Murcki. Teraz się dopiero zaczyna zabawa. Choć nam wcale nie do śmiechu. Przewodnik uruchamia (być może jest to jedyny taki pokaz w Europie) maszyny górnicze: struga, kombajn ścianowy i chodnikowy. Jest straszny hałas, w powietrzu unosi się pył. Przewodnik krzyczy, że mamy sobie wyobrazić, że nic nie widać a temperatura powietrza wynosi 32 stopnie Celsjusza. Tak właśnie jest na przodku w kopalni. Wrażenie niesamowite. Mam jedną myśl – za żadne pieniądze nie pracowałabym pod ziemią. I pomyśleć, że do 1956 roku w kopalniach pracowały kobiety! Później na szczęście ta straszna praca stała się domeną tylko mężczyzn. Wreszcie maszyny milkną. Trudno przywyknąć do ciszy. Mijamy zgniecioną, stalową obudowę chodnika zniszczoną podczas tąpnięcia i tabor podziemnego transportu, przeznaczony dla ludzi i węgla.

Czeka nas ostatnia, najgorsza próba. Do pokonania, 200 metrowy chodnik, o wysokości metra. Jęcząc idziemy na ugiętych nogach, z torbami kurczowo trzymanymi przed sobą. Rozwalam sobie buty, w kilka sekund mam przemoczone nogi. Co chwila walę hełmem w ścianę. Przewodnik mówi nam, że górnicy częściej napotykali na takie chodniki niż myślimy, drogę oświetlały im lampki na kaskach i jeszcze ciągnęli za sobą 15-kilogramowe torby ze sprzętem.

Jesteśmy wykończeni. Moje buty nadają się do wyrzucenia, ubranie do prania. W cechowni, przez chwilę przystaję przed obrazem św. Barbary, dziękując Bogu, że nie jestem górnikiem.

 

Grażyna Kurowska

 


FELIETON NR.2 26 LUTY 2006

Podróż przez trzy wieki

Najlepiej wybrać się wczesną wiosną, gdy wszystko zakwita i świeci słońce. Przygotowania nie są męczące – trzeba wejść na stronę tramwajów śląskich i wydrukować sobie mapkę ich sieci, która wygląda jak plan metra londyńskiego. Bo bez planu możemy się zgubić. Na drogę należy ubrać się swobodnie i zabrać ze sobą coś do picia i do jedzenia. Warto mieć przy sobie lornetkę i aparat do robienia zdjęć oraz sporo wolnego czasu i znajomego, który podwiezie nas na początek trasy a potem odbierze z końcowej.

Dla wytrwałych proponuję podróż przez trzy wieki przypominającą jeden ogromny plan filmowy. Trasa liczy 70 km i pokonamy ją spokojnie z trzema przesiadkami w pięć godzin. Jest to jedna z najdłuższych tras na świecie biegnąca w ściśle zurbanizowanym środowisku - od Gliwic na zachodzie aż po bramę Huty Katowice w Dąbrowie Górniczej na wschodzie. Przejechanie jej tramwajami i to zarówno wagonikami z ubiegłego wieku jak i współczesnymi kosztuje niecałe 13 złotych czyli około 5 waszych dolarów.

Na pętli w Wójtowej Wsi wsiadamy do tramwaju linii 1, z którego okien przyglądamy się modernistycznej architekturze Gliwic – szczególnie przy ulicy Zwycięstwa, w Zabrzu przejeżdżamy przez przemysłowe tereny należące do licznych kopalń i elektrownię, w tym niedaleko zabytkowego szybu Luiza z unikalną maszyną parową i wielokilometrowymi podziemnymi korytarzami przeznaczonymi do zwiedzania (niektóre są tak wąskie, że trzeba się czołgać!). Końcowy przystanek jedynki to niesamowita, nawet w Europie, pętla Rudy Chebzie, z której odchodzą tramwaje w cztery strony świata. Tam przesiadamy się do linii 11, która biegnie do centrum Katowic. Po drodze oglądamy poprzemysłowe tereny byłej huty Kościuszko i największy park w Europie o powierzchni 800 hektarów, w którym mieści się skansen, zoo, wesołe miasteczko, miejsca rekreacyjne do uprawiania wszelkich sportów. Na katowickim rynku przesiadamy się do tramwaju linii 15, by odbyć podróż przez XIX-wieczne tereny byłej cynkowni, odrestaurowanego starego browaru w Szopienicach aż do Sosnowca - miasta, z którego pochodziła słynna diva hollywoodzka Pola Negri i nasz największy śpiewak – Jan Kiepura. Mają oni w tym mieście swoje tablice i pomniki. W centrum Sosnowca, koło dworca kolejowego przesiadamy się do ostatniej na tej trasie linii 21. Przejeżdżając przez Będzin zdumieni możemy podziwiać na wzgórzu świetnie odrestaurowany zamek gotycki, jak z filmu o Robin Hoodzie. Zamek od czasu do czasu tętni życiem rycerskim, odbywają się w nim - ku uciesze turystów - potyczki i uczty. A niedaleko od niego jest dobrze zachowany stary cmentarz żydowski. Przejeżdżając przez Dąbrowę Górniczą aż do huty, oglądamy największe budowle socjalizmu – drugi co do wielkości po Warszawie pałac kultury – i największą hutę Europy – Katowice, obecnie należącą do czołowego na świecie potentata stalowego – Mittala. Tereny hutnicze rozciągają się przez wiele kilometrów i o dziwo można na nich spotkać sporo unikalnej przyrody i leśnej zwierzyny.

Po przemierzeniu takiej trasy będziemy nieźle oszołomieni więc warto ochłodzić się zimnym piwem w ogródkowym pubie. Gdy poczujemy niedosyt możemy jeszcze przejechać Śląsk już o wiele krótszą drogą z północy na południe. Trasą pokazującą ten region – ku wielkiemu zdziwieniu - jako zieloną i rekreacyjną krainę. Wsiadamy w tramwaj linii 19 w Stroszku Zajezdni – nazwa przypomina udomowionego ducha – i mamy w pobliżu całoroczny stok narciarki oraz ścisły rezerwat buka. Potem w Bytomiu na Placu Sikorskiego przesiadamy się do linii 6 by oglądać zielone Łagiewniki, tereny chorzowskiego parku, o którym już wcześniej wspominałam i wreszcie stadion akademicki oraz słynną knajpę Galopek, gdzie można obstawiać zakłady konne. Potem przejeżdżamy Park Kościuszki ze znaną wieżą spadochronową i ścieżkami rowerowymi, które prowadzą do Kostuchny i dalej. W snobistycznej i bardzo zielonej dzielnicy willowej w Brynowie kończymy trasę. Całość zajmie nam dwie i pół godziny i kosztować nas będzie ponad 6 złotych czyli 2 dolary. Tym niekonwencjonalnym sposobem możemy zwiedzić największą po Zagłębiu Ruhry w Niemczech, aglomerację górnośląską. I to nie byle czym bo tramwajem.

Dla miłośników tego środka transportu, uruchomione zostaną w tym roku na Śląsku, trzy trasy specjalne – wielotrakcyjna dla pasjonatów komunikacji, turystyczna i nocna podróż bez spalin. Nie omieszkam z nich skorzystać o czyn później Wam opowiem.

Grażyna Kurowska

LINK DO TRAMWAJOW SLASKICH-CIEKAWY

GRAŻYNA KUROWSKA       "REPORTAŻ ZE ŚLĄSKA # 1"


Ten pierwszy felieton dla Państwa miał być inny. Miał opowiadać o magicznym Śląsku
odkrywanym przeze mnie z okien tramwajów. O tym w następnym razem, ale dziś po niedawnej
katastrofie, która nas tu spotkała nie jestem w stanie. Nie chcę do niej bezpośrednio wracać a
przypominam, że zawalił się dach hali targowej i zabił co najmniej sześćdziesięciu trzech ludzi a
zranił dwa razy tyle, jednak nasza reakcja i sposób działania dobrze ilustrują charakter Ślązaków.
Sama jestem w pierwszym pokoleniu Ślązaczką i dziś napawa mnie to dumą, choć nie mówię gwarą
i nikt z mojej rodziny nie pracował w kopalni. Ślązak to człowiek konkretny aż do bólu. Wiedzący,
że polityka to coś ulotnego skoro przeżył cesarza Niemiec, II Rzeczpospolitą, Hitlera, niezwykle tu
perfidny komunizm i powrót kapitalizmu.

Dla niego liczy się rodzina, wartości, praca i aktywność społeczna. Rodzina jest święta ponad
wszystko, a wartości się wyznaje i wypełnia. Praca to odpowiedzialność i obowiązek a aktywność
społeczna to nie zabawa ale styl życia. Dotyczy to związków wędkarskich czy hodowców gołębi
ale także stowarzyszeń pomagających zwalczać bezrobocie i zajmujących się działalnością
charytatywną. Dlatego nikogo nie powinno dziwić poświęcenie i sprawność służb ratowniczych na
Śląsku, których członkowie z narażeniem życia, pomagali poszkodowanym w katastrofie
budowlanej.

Poświęcenie i obowiązkowość mamy tu we krwi – wynika to ze skomplikowanej historii naszej
ziemi – konglomeratu czterech kultur: niemieckiej, polskiej, czeskiej i żydowskiej. Niemiecka dała
Śląskowi rzetelność i obowiązkowość, polska – wiarę, odwagę i poświęcenie, czeska ironię a
żydowska mistycyzm. Ten melanż sprawia, że najpierw wykonuje się pracę a potem jest czas na
zabawę – nigdy odwrotnie. Dzięki temu ten region jest jednym z najszybciej rozwijających się w
Polsce. Ku zdziwieniu wszystkich, daliśmy sobie radę z ograniczeniem roli ciężkiego przemysłu.
Śląsk dalej produkuje węgiel i stal ale też jest krainą gdzie kształci się najwięcej studentów. Tu
zaczęły pracować elity finansowe, zarządzające, informatyczne – region przyciąga zagraniczny
kapitał i nowoczesne technologie. Działa tu najwięcej w Polsce organizacji pozarządowych. Jest
jeszcze coś co napawa mnie dumą. Tu ciągle realizuje się kapitalizm z ludzką twarzą i zawsze
można liczyć na przyjaciół, którzy pomagają w biedzie.

Tu można spotkać na ulicy prezydenta miasta, który troszczy się o infrastrukturę a tutejsze kościoły
zajmują się aktywnie działalnością społeczną. Jesteśmy zresztą i pod tym względem wyjątkiem – w
jednolitym wyznaniowo społeczeństwie, Śląsk wyróżnia się sporą liczbą wyznawców, innych niż
katolicka, religii.
Dlatego tu nie dziwią krótkie słowa komendanta straży pożarnej po akcji ratowniczej - „Baby,
chłopy – dziękuję wam” - bo na puste gadanie w stylu warszawskich polityków, nikt nie ma czasu
ani ochoty. Zresztą tutaj znane jest powiedzenie - „za dużo gadki, a za mało picia”, więc wznoszę
toast lokalnym piwem za charakter Ślązaków. Niepowtarzalny.
Grażyna Kurowska

-